Śmierć w stroju wróżki

Można mieć obawy, że zamiast wprowadzać dzieci w trudny temat przemijania, przedstawienie stanie się kolejną cukierkową historią banalizującą rzeczywistość - o "Pod-grzybku" w reż. Jacka Malinowskiego w Teatrze Baj Pomorski w Toruniu pisze Sylwia Lichocka z Nowej Siły Krytycznej.

«"Pod-grzybek", opowieść o Starym Lisie, który poświęca swe życie, by ratować Młodego Lisa przed kłusownikiem, stanowi subtelne wprowadzenie w krąg dyskusji na tematy dotyczące spraw ostatecznych. Jednak czyni to w sposób żartobliwy, a wędrówka lisów do nieba pod czujnym okiem Śmierci nosi znamiona przyjacielskiej wyprawy w nieznane. Jest to przejmująca - i zarazem zabawna - historia o przemijaniu i nienaruszalności odwiecznych praw.

Jednym z elementów, który bezdyskusyjnie zwraca uwagę na adaptację sztuki Marty Guśniowskiej, dokonanej przez Jacka Malinowskiego, są fenomenalne lalki. Metal okazał się niezwykle wdzięcznym materiałem, który w połączeniu z innymi surowcami pozwolił stworzyć imponujące przedmioty. Uwagę szczególnie zwraca lalka psa, która w całości składa się z blachy i drutu, a tułów stanowi mechanizm harmonijkowy, dzięki czemu zwierzę jest bardzo mobilne - może siadać, złapać własny ogon, poruszać karkiem. O sukcesie tej postaci decyduje prowadząca ją aktorka, Dominika Miękus, która zarówno rewelacyjnie operuje głosem naśladując psa, jak też bardzo precyzyjnie i umiejętnie animuje lalkę, tworząc wyrazistego i zarazem sympatycznego bohatera. Z kolei Jeż-ryzykant (Andrzej Korkuz) przechodzi metamorfozę. Początkowo ma postać stereotypowej wizji tegoż stworzenia w wyobraźni przedszkolaka (wzbogaconą kółkiem rowerowym, symbolizującym hobby zwierzątka). Po tragicznej śmierci bohater przemienia się w spłaszczoną wersję samego siebie, wkomponowaną w naturalnych rozmiarów koło rowerowe, z odciśniętym na pyszczku śladem opony samochodowej. Z kolei aktor grający kłusownika (Jacek Pietruski) dźwiga na swych barkach monumentalną metalową konstrukcję głowy, która w karykaturalny sposób ukazuje człowieka bezwzględnego, zaślepionego żądzą upolowania dzikiego zwierzęcia. Natomiast lalki lisów cechuje pewna niekonsekwencja, bowiem mają precyzyjnie wykonane pyszczki, o długości wskazującej na wiek bohaterów, jednak reszta ciała wydaje się już mniej dopracowana - wątły korpusik z doczepionym lisim ogonem i drucianymi łapkami, które zamiast dotykać ziemi, irracjonalnie dyndają w powietrzu. W projektach lalkowych brakuje niestety klarownej koncepcji całości. Na przykład jeleń, jako jedyny, jest zrośnięty z ciałem aktora, natomiast kury - trzy głowy wychodzące z jednego korpusu - ani poprzez metal jako materiał budulcowy, ani przez precyzję wykonania nie łączą się w żaden sposób z pozostałymi lalkami.

Historia o niezwykłej przyjaźni i poświęceniu rozgrywa się w bajkowej scenerii, która jest dziełem Giedre Brazyte. Artystce udało się stworzyć na scenie przestrzeń niezwykle przyjazną i poetycką. Pierwszy plan zarezerwowany został wyłącznie dla wydarzeń ziemskich, rozgrywających się w lesie, w tle zaś znalazł się plan niebieski. Poszczególne części oddzielała rama szerokości sceny, w której umieszczona została prawie przezroczysta zasłona - to ona broniła żywym dostępu do nieba i unosiła się na polecenie Śmierci. Taka organizacja przestrzeni wskazywała na niebo jako na miejsce odległe, gdzie ci, którzy odeszli, mogą z góry (jeśli uda im się zrobić dziurę w chmurze) obserwować życie na ziemi. Z kolei las na scenie symbolizowały liście-drzewa, czyli wysokie metalowe mobilne konstrukcje o kształcie liści topoli, w części pokryte rdzawo-żółtym materiałem. Grzyby z kolei przypominają raczej kolorowe parasolki dodawane do koktajli niż elementy leśnego runa. Metalowe konstrukcje powleczone czerwonym bądź zielonym materiałem są abstrakcyjną alternatywą dla jednego małego podgrzybka, stanowiącego wierne odzwierciedlenie swego naturalnego odpowiednika.

Interesującym, ale i budzącym pewne zagrożenia zabiegiem, było stworzenie wizerunku śmierci na kształt bajkowych księżniczek i wyposażenie jej w bańki mydlane. Takie rozwiązanie budzi moje poważne obawy w związku z odczytaniem tej postaci - a co za tym idzie całego spektaklu - w niewłaściwy sposób. Bowiem Śmierć, ubrana w piękną, białą, długą, koronkową suknię odsyła nas do kręgu postaci takich jak Królewna Śnieżka czy Wróżka, zaś użycie baniek mydlanych dodatkowo przywodzi skojarzenia ze szczęściem, zabawą i błogością. Z publiczności dało się słyszeć komentarze: "O, królewna!", "Wróżka! Z bańkami.", "Spójrz, księżniczka". Nie wątpię, że jednym z głównych celów, zarówno reżysera, jak i dramatopisarki, było oswojenie Śmierci, jednak ryzyko błędnego odczytania tej postaci przez dzieci jest niezwykle duże. Szczególnie, że przez cały spektakl otacza ją aura bajkowości, a wizyta Młodego Lisa w niebie nie nosi znamion działania wbrew regułom świata. Można mieć obawy, że pod wpływem tego spektaklu w dzieciach rozbudzi się chęć odbywania podróży do nieba, a samo przedstawienie, zamiast stać się przyczynkiem do wprowadzania najmłodszych w trudny temat przemijania, stanie się kolejną cukierkową historią banalizującą rzeczywistość. Zabrakło wyraźnego zaznaczenia, że wyprawa Młodego Lisa była czymś wyjątkowym i niespotykanym, zaś śmierć jest procesem nieodwracalnym.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego