powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Popeerelowskie majaki

Świadomość, że dotykanie tematów życia publicznego nie musi być jednoznaczne z pluciem jadem, działa kojąco - o spektaklu "Generał" w reż. Aleksandry Popławskiej i Marka Kality w Teatrze IMKA w Warszawie pisze Hanna Rudnicka z Nowej Siły Krytycznej.

Jak dowodzą dzieje (nie tylko najnowszego) teatru, historia stanowi dla sceny źródło niewyczerpanych inspiracji. Może być reinterpretowana, poddawana rewizjom. Może być pretekstem do krytyki konkretnych postaci czy wszczęcia ideologicznego sporu. Teatr daje miejsce do drobiazgowego odtwarzania przeszłości, ale i do tworzenia jej alegorii, bliższych fikcji niż publicystyce. Twórcom "Generała", spektaklu opowiadającego o PRL-owskim przywódcy Wojciechu Jaruzelskim, najbliżej chyba do tej ostatniej tendencji. Ich przedstawienie nie jest bowiem kroniką lat osiemdziesiątych czy lekcją historii zaprezentowaną na scenie dla ułatwienia przyswajania. Aleksandra Popławska i Marek Kalita, którzy wspólnie wyreżyserowali spektakl, nie skonstruowali go w formie krzykliwej agitki, manifestu z wykrystalizowaną tezą. Do ataków w poetyce duetu Strzępka/Demirski bardzo im daleko.

Przestrzeń, którą zaaranżowano na dużej scenie IMKI, sprawia wrażenie przytłaczającej i opustoszałej zarazem. Scenę z trzech stron obwieszono szczelnie ciężkimi krwistoczerwonymi kotarami, które stanowią plastyczną dominantę spektaklu. W wyznaczonym przez nie polu, po obszernej podłodze rozrzucono pojedyncze obiekty: kanapę, fotele, magnetofon i lustro; w toku spektaklu pojawią się jeszcze mównica, stół i manekin z mundurem. Żaden z tych przedmiotów i mebli nie znajduje się tam przypadkowo - każdy posiada pewną symbolikę, konkretne konotacje.

To niepokojące, dalekie od funkcjonalności pomieszczenie stanowi królestwo upadłego przywódcy. W jego postać wciela się współreżyser przedstawienia Marek Kalita, mistrz ról charakterystycznych (by wspomnieć choćby Taktyka z "Kruma" Warlikowskiego) - we własnym spektaklu tworzy kolejną tego typu kreację. Swojego bohatera charakteryzuje za pomocą fizyczności: jego ciało jest nienaturalnie usztywnione, ręce ciasno przyciska do tułowia, idąc dziwacznie wypycha kolana w przód. Gdy mówi, wypluwa słowa przez zaciśnięte wargi. Reakcje tej części widowni, która pamięta lata osiemdziesiąte, nie pozostawiały wątpliwości co do celności charakteryzacji aktora.

Spektakl, rozgrywający się w ciągu ostatnich godzin przed ogłoszeniem sądowego wyroku w sprawie Generała, dzieli się wyraźnie na trzy części. Dwa pierwsze akty buduje ciągły monolog tytułowego bohatera - inne postaci co najwyżej wtrącają pojedyncze zdania czy słowa, krążąc wokół stanowiącego swoiste centrum scenicznego mikrokosmosu bohatera, spełniając jego mniej lub bardziej absurdalne żądania. Monolog ten nie posiada żadnej funkcji użytkowej, nie spaja go nadrzędna myśl. To raczej efekt wirowania chaotycznych myśli w głowie Generała, których część składa się w wypowiadane słowa. Problemy gastryczne i fascynacja ciałem żony przeplatają się w tej wypowiedzi z poczuciem winy, irytacja na wegetarianizm córki z problemem bezsenności, tęsknota za mundurem z manią prześladowczą. Generał czasem rozśmiesza nieporadnością, by zaraz wbić widza w fotel fanatyczną mową o okrucieństwie jako naturalnej dyspozycji człowieka, a tuż po głupawym żarciku następują pełne bólu metafizyczne rozważania. Przypomina to majaczenie z obsesyjnie powracającymi leitmotivami. Wyłaniający się z tych scen obraz Generała nie tworzy spójnej postaci. Wręcz przeciwnie, bohater spektaklu to jakby zlepek cudzych wyobrażeń na jego temat, nieprzystających do siebie czy wręcz wykluczających się wzajemnie. Nie jest bowiem intencją twórców śledzenie rozwoju psychologicznego postaci czy, tym bardziej, linearne rekonstruowanie jakichkolwiek faktów. To raczej ich impresja na temat jednego z najbardziej kontrowersyjnych polskich polityków ostatnich kilkudziesięciu lat.

Popławska i Kalita oraz autor tekstu Jarosław Jakubowski podkreślali, że nie chcieli pouczać, wyrokować czy rozliczać. Zamiar ten jest w spektaklu wyraźnie czytelny. Twórcy unikają ocen, dając raczej swoim spektaklem wyraz własnej bezradności wobec komplikacji wydarzeń, sprzeczności świadectw i niejednoznaczności postaw. Ukazują tragizm człowieka wplątanego w historię, jednostki, której nie da się wyabstrahować od warunków, w jakich przyszło jej funkcjonować i ocenić niezależnie od nich. Generał, gdy córka oskarża go o bycie mordercą, wznosi toast za kolegów, którzy pałowali tłumy, bo razem z nim pływali w kloace historii. Kiedy indziej stwierdza: "Historię napiszą zwycięzcy". Mówi w ten sposób o własnej niemocie; jemu odebrano już głos, nie obroni się, mimo że wciąż żyje. Zdaje sobie sprawę zarówno z osaczenia, jak i z własnej bezbronności. Fakt ten wymownie uzmysławia ostatnia część przedstawienia - wtedy perorujący dotąd bez wytchnienia Generał milknie. Oddaje pole kolegom z armii (Janusz Chabior i Robert Wabich), którzy przy groteskowej kolacji złożonej z wódki i ananasa na zmianę pajacują i dają wyraz cynizmowi i umiłowaniu okrucieństwa. Plwociny lecące w ich kierunku niewiele ich obchodzą, niczego nie żałują, nie mają żadnych wątpliwości. Ma je jednak ich gospodarz. W ostatniej scenie spektaklu, budzącej skojarzenia z Beckettowską "Ostatnią taśmą Krappa", bohater, puściwszy kasetę z nagraniem swojego głosu, zamiera w fotelu. Kilka razy cofa nagranie, zdania zapętlają się. Generał z taśmy zastanawia się - co by było, gdyby opowiedział się po drugiej stronie. Byłby bohaterem dla swoich obecnych wrogów, ale dla tych, którzy darzą go estymą, stałby się zdrajcą. Wciągnięty w wir, w błędne koło historii schorowany starzec nie otrzyma ani pocieszenia, ani rozgrzeszenia.

Ze spektakli PRL-owskiej trylogii IMKI (premierę miał już "Wodzirej" na podstawie filmu Feliksa Falka, w przygotowaniach "Polak w kosmosie" o Mirosławie Hermaszewskim) to prawdopodobnie "Generał" okaże się najbardziej gorzką i kontrowersyjną propozycją. Mimo przykrej wymowy ten bawiący się własną teatralnością spektakl niesie jednak i pewne pozytywne orzeźwienie. Sposób, w jaki Popławska i Kalita dotykają tematu trudnej najnowszej historii Polski stoi w opozycji do dominującego tonu debat ze świata polityki i mediów - nikt na tej scenie nie rzuca obelg, nie szufladkuje i nie feruje pochopnych wyroków. Świadomość, że dotykanie tematów życia publicznego nie musi być jednoznaczne z pluciem jadem, działa kojąco.