Konflikt bez rozwiązania

"Pan Tadeusz" w reż. Jarosława Tumidajskiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Mirosław Baran w Gazecie Wyborczej - Trójmiasto.

«"Pan Tadeusz" Adama Mickiewicza - najnowsza premiera Teatru Wybrzeże - nie jest kolejnym dziełem "ku pokrzepieniu serc". To mocny i bezkompromisowy obraz Polski sprzed dwóch wieków i Polski dzisiejszej.

Jarosław Tumidajski postanowił pokazać w Gdańsku własne odczytanie dzieła Adama Mickiewicza. I to odczytanie dalekie od szkolnych interpretacji. Nie mamy tu sielankowego obrazu uciemiężonego narodu i perypetii jego dobrotliwie przekornych, aczkolwiek wiernych tradycji przedstawicieli. Polska u Tumidajskiego jest areną permanentnego konfliktu, gdzie każdy dąży do sporu z każdym. A słowa "Bóg" czy "Ojczyzna" służą jedynie obrażeniu rozmówcy. Reżyser zachował prawie całą fabułę poematu, jednak urywając wszystkie konflikty w momencie eskalacji, zaraz przed rozwiązaniem. Bo czy można je tak łatwo, jak u Mickiewicza, rozwiązać? - zdają się pytać realizatorzy spektaklu. Niezwykły nastrój przedstawienia konsekwentnie buduje także elektroniczna, momentami szalenie niepokojąca muzyka, pozornie zupełnie nieprzystająca do romantycznego wiersza.

Silnie obecny u Tumidajskiego jest także wątek feministyczny. W zmaskulinizowanym świecie spektaklu kobieta zostaje skrajnie uprzedmiotowiona, staje się narzędziem w rękach mężczyzn - sposobem na załagodzenie rodzinnego sporu, pięknym przedmiotem, o który się dba, by podarować go innemu mężczyźnie. Wszelkie próby oporu Zosi (w tej roli Emilia Komarnicka) spełzają na niczym. Nie pomaga nawet zerwanie fikcji scenicznej: histeryczny wybuch "aktorki" powoduje chwilową konsternację towarzyszy i kpiące chichoty; po chwili jednak mężczyźni podejmują dalszą grę, jakby nic się nie stało. Z ich świata wykluczone są zresztą nie tylko kobiety, ale wszyscy Inni. Dostępu do niego nie ma także Żyd Jankiel i Rosjanin Ryków (w obu rolach Jacek Labijak).

W gdańskim "Panu Tadeuszu" ogromne wrażenie robi efektowna scenografia, przygotowana przez Mirka Kaczmarka. Wybudował on na dużej scenie biegnącą donikąd, zmoczoną deszczem szosę, pokryte słomą pobocze z pochylonymi słupami elektrycznymi i makietą przydrożnego zajazdu. Przestrzeń domknął z trzech stron ogromnymi ekranami, na których przez cały czas wyświetlenie są wizualizacje - zwykle po prostu obraz płynących po niebie chmur, ale jest tam także film z Emilią Komarnicką czy napisy z kluczowymi słowami tekstu.

Wystarczy tu przypomnieć - by sięgnąć wyłącznie do granych w trójmieście realizacji - przygotowany przez niego wybudowany na scenie biały pokój w "Onych" Witkacego w Wybrzeżu, podobne pomieszczenie w "Orgii", schludnej rzeźni w "Świętej Joannie szlachtuzów" Teatru Miejskiego w Gdyni czy ogromną szklarnię, mieszczącą zarówno scenę, jak i widownię, w "Szajbie" Jana Klaty.

Kaczmarek udowodnił, że jest jednym z najlepszych polskich scenografów, twórcą obdarzonym niezwykle plastyczną wyobraźnią.

Szkoda tylko, że scenografia Kaczmarka stanowi tu wyłącznie dekorację spektaklu: Tumidajski nie każe aktorom w żaden sposób jej ogrywać; więcej - zdają się oni zupełnie jej nie zauważać. Jedynie kolejne - szalenie powtarzalne zresztą - wejścia to pełne namaszczenia i powagi przedefilowanie asfaltową drogą.

W całym spektaklu reżyser nieszczególnie skupił się na ruchu (który jest dość monotonny, a aktorzy grają, zwykle stojąc, w jednym szeregu blisko widowni) oraz na emocjach, chcąc zapewne pozwolić jak najdobitniej wybrzmieć precyzyjnie skomponowanemu tekstowi. Z tego powodu trudno też mówić o wielkich kreacjach w "Panu Tadeuszu". Dość nieoczekiwanie na gwiazdę spektaklu wyrasta (po słabszej tytułowej roli w "Zawiszy Czarnym" Słowackiego) Robert Ninkiewicz jako Robak/Jacek Soplica. Jest przekonywający, choć nie nadekspresyjny, wyśmienicie sobie też radzi z wymagającym mickiewiczowskim trzynastozgłoskowcem (a dla części z aktorów podanie tekstu momentami jest sporym problemem). Niewiele mu ustępują "starzy wyjadacze" Wybrzeża: Krzysztof Matuszewski (Sędzia), Cezary Rybiński (Asesor), Jarosław Tyrański (Wojski) czy Michał Kowalski (Gerwazy).

Jarosław Tumidajski w swoim "Panu Tadeuszu" nie wpadł w pułapkę, z którą nie poradzili sobie choćby realizatorzy gdańskiej "Lilli Wenedy" Słowackiego sprzed paru lat. Jego twórcy - reżyser Wiktor Rubin i dramaturg Bartosz Frąckowiak - także podjęli się dekonstrukcji romantycznego tekstu, próbując go jednocześnie odnieść do czasów współczesnych. Nadmiernie rozmnożyli jednak problemy, które u Słowackiego odnaleźli, obudowując je jednocześnie natłokiem niejasnych dla widowni rozwiązań scenicznych i porównań. W efekcie w tamtym przypadku przekaz przedstawienia rozmył się całkowicie.

U Tumidajskiego sens i znaczenia nie budzą żadnych wątpliwości. Co więcej: reżyser, prócz dosłownie paru słów, Mickiewiczowi nic nie dopisuje. Oczywiście, dokonuje skrajnie subiektywnej selekcji tekstu, jednak takie jest jego prawo jako interpretatora. A przyznać mu trzeba, że wiele z wypowiedzi bohaterów narodowej epopei, szczególnie zebranych razem, brzmi naprawdę porażająco; odsłania ich ksenofobię, małostkowość, bezproduktywną kłótliwość.

Reżyser "Pana Tadeusza" nie bawi się nawet w aluzje do dzisiejszej Polski (może za wyjątkiem jednej, trochę zbyt dosłownej sceny: polowania na niedźwiedzia, gry na ekranie pojawiają się niczym na strzelnicy zwierzęta, udekorowane kolejno czerwoną gwiazdą, tęczową flagą, polskim orłem, chrześcijańską rybą i gwiazdą Dawida). Nie musi silić się na takie aluzje. Słowa padające ze sceny brzmią i tak jak żywcem wyjęte z porannych wiadomości. I to wyjęte z ust wcale nie najbardziej radykalnych postaci naszego życia publicznego.

"Pan Tadeusz" Teatru Wybrzeże to bezkompromisowy obraz Polski sprzed dwóch wieków i Polski dzisiejszej. Bolesny tym bardziej, że zbudowany wyłącznie z cytatów narodowej epopei. Oczywiście to obraz skrajnie subiektywny i jednostronny - powiedzą zaraz niektórzy. Ale czy to znaczy, że aż tak daleki od prawdy?»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego