powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Zbigniewa Majchrowskiego dekada dramatopisarek

W ostatnim numerze "Teatru" Zbigniew Majchrowski wypowiada się na temat dramaturgii ostatniej dekady. Odpowiada mu w felietonie dla e-teatru Małgorzata Sikorska-Miszczuk

Streszczę zasadnicze tezy:

- jest dużo konkursów dramatopisarskich, ale nie wynika z nich nic dobrego; z nagradzanych sztuk "wychodzą zazwyczaj mało istotne przedstawienia"

- w ostatniej dekadzie nie zdarzyło się, by np. tak jak w przypadku "Emigrantów" Mrożka za realizację dramatu zabrało się 10 reżyserów w jednym sezonie; to wiele mówi o jakości współczesnych tekstów

- brak talentów pisarskich na miarę Różewicza, Mrożka, Iredyńskiego

- dramatopisarze próbują dostosować swoje sztuki do klimatu kultury medialnej, naśladują scenarzystów filmowych, piszą dramaty coraz bardziej sformatowane, przewidywalne i poprawne politycznie; dramaty jak seriale; dramaty na jeden sezon i na zadany temat

- brak nowej jakości w teatrze, choć w istocie ostatnie dziesięciolecie jest dekadą dramatopisarek: "każdy sezon przynosi nowe nazwiska": [tu wymienione są nazwiska Lidii, Zyty, Małgorzaty, Magdy, Doroty, Antoniny, Anny, Julii]

Ja z reguły po przeczytaniu tekstu o tak niskiej wibracji spluwam przez lewe ramię i idę dalej; spluwam, żeby energia nieżyczliwości mnie nie dosięgła. Jednak pomyślałam, że tym razem przedstawię swoje zdanie, bo jest coś, co nas łączy z autorem: oboje nas obchodzi, jaki jest i jak jest traktowany współczesny dramat.

Po pierwsze - konkursy. Ja utrzymuję się tylko z pisania i jestem z tego dumna. Wszystko, co piszę, podpisuję zawsze swoim nazwiskiem, nie bawię się w pseudonimy, nie dzielę pracy na wyższą i niższą. Nie pracuję na etacie od 13 lat. Nie mam ubezpieczenia emerytalnego, bo nie ma takiej szansy żebym jako matka dwóch synów, utrzymująca ich i siebie, była w stanie latami odprowadzać 1000 zł miesięcznie (ZUS, NFZ itd.) No, ale to moja decyzja i ja za to odpowiadam. Chcę tylko podkreślić, że wszystko, o czym zaraz napiszę, znam z własnego doświadczenia i przekonałam się na własnej skórze, co to znaczy być dramatopisarką [Małgorzatą], nazwiskiem jednego sezonu.

Gdyby nie było konkursów, to w Polsce systemowe szanse zaistnienia dla początkującego autora dramatu byłyby znikome. Oczywiście nie ma reguły bez wyjątków, ale większość początkujących autorów wysyła swoje teksty na konkursy; ja też tak robiłam i jak mi się zechce, to znowu zrobię. Jeśli uznam, że mam coś do zaproponowania na Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną, na Metafory Rzeczywistości do Poznania, czy w jakieś inne miejsce, to wyślę. Akurat te konkursy nie ograniczają autora w tematyce, ale np. "Śmierć Człowieka-Wiewiórki" była tekstem na zadany temat - Ulrike Meinhof. Konkurs organizował Teatr Rozmaitości w Warszawie. Rozumiem, że nie ma się czym chwalić. To, że Liber zrobił potem spektakl, który reprezentował Polskę na New Plays From Europe w Wiesbaden, to też nie ma większego znaczenia. Wszystko staje się miałkie i bez znaczenia, wystarczy chcieć.

Ale nie kończmy jeszcze z tymi konkursami. Większość autorów wysyła i będzie wysyłać. Czy da się nie wysyłać i czy to jest celem? A co jest złego w wysyłaniu? Jaka jest inna możliwość dystrybucji nowopowstałego tekstu? Czy wysyłanie do teatrów ma sens? Czy ktoś nadesłane teksty czyta? Czy przeczyta tekst nieznanego autora? A jeśli tak, czy jest szansa na realizację? A może to jest tak, że wysyłanie i bycie wybitnym autorem nie licuje? To co licuje? Może należy skupić się i tworzyć niezależnie od konkursu/zapotrzebowania/zamówienia.

Oczywiście.

Ja bardzo potrzebuję skupienia i przestrzeni wolnej od trosk.

Teatry w Polsce nie mają najmniejszych skrupułów, by proponować autorom 4 tys. za tekst. Jeden taki tekst rocznie i żyjemy. Na bogato. Myślę, że można poszaleć za 350 zł miesięcznie z całą rodziną. Nieszlachetnie nie zgadzam się na takie stawki. Kraj, który tak traktuje swoich autorów, jest chory.

Co dalej? Wypada współżyć tylko z teatrem, bo z telewizją jest niechlubnie mieć do czynienia, prawdziwy artysta się nie plugawi. Ja się plugawiłam nie tylko z telewizją, ale i z komiksami. Podsuwam od razu trop do moich następnych nie-wybitnych sztuk: "jednosezonowa autorka, parająca się pisaniem tekstów do komiksów, kolejny raz nie skupiona, odstręczyła od siebie 10 reżyserów, którzy już gotowi byli przyjrzeć się popłodom jej wyobraźni, lecz okazały się one naznaczone kwakaniem Kaczora Donalda. Gdzie nowy Mrożek/Iredyński/ Różewicz?"

Dalej o pieniądzach. Opieka dramaturgiczna. W moim osobistym rankingu stawek prym wiedzie 1000 zł brutto (wzięłam). Interesujące w tym kontekście są dla mnie dyskusje w pismach branżowych: po co dramaturg? A czy ten dramaturg to profesjonalny jest? I jest, czy nie jest on potrzebny? A może tak? A może nie? A może troszkę? A może bardziej? A może to tylko taki wymysł nowomodny? No chyba tak. No chyba to takie hobby jest. No chyba to chore jest.

Czy może być kryterium oceny dramatu, że współcześni reżyserzy nie realizują tego samego tekstu? Trudno mi sobie wyobrazić, że gusta/poszukiwania/zainteresowania tak różnych reżyserów jak np. Liber, Klata, Zadara, Jarzyna, Kleczewska, Strzępka, Korczakowska, Rychcik, Augustynowicz, Glińska itd. nagle zaowocowałyby ich gremialną pielgrzymką do jednego tekstu. Pewnie, że byłoby to nadzwyczaj ciekawe, ale to se już ne vrati.

I na koniec drobiazg: spotkałam się wczoraj z angielskimi reżyserami z showcase'u (w ramach WST). Powiedzieli, że mówiono im dużo o polskim teatrze - to znaczy mówiono im o reżyserach. Gdzie autorzy - zapytali mnie? Nie ma ich, czy jak? O co chodzi? Czemu ich nie przedstawiają? W Wielkiej Brytanii - powiedzieli - autor jest postacią, w którą się inwestuje. Która kulturowo ma zapewnioną przestrzeń na rozwój - bo pisanie wymaga rozwoju jak mało która dziedzina. Więc gdzie ci polscy dramatopisarze?

Myślę, że polscy dramatopisarze, a w szczególności dramatopisarki, wzbogacone mamoną z konkursów, honorariami ze sztuk i opieki dramaturgicznej oraz tantiemami, balują w Las Vegas, zbierając siły na nową dekadę.