powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Generał na deskach

Za mundurem panny sznurem? To już przeszłość. Polski teatr mierzy się z mitem wojska; w warszawskiej Imce wkrótce premiera "Generała". Rzecz o Wojciechu Jaruzelskim - pisze Łukasz Drewniak w Przekroju.

Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak wojskowy czy milicjant może być symbolem bezpieczeństwa. I że ktoś może być dumny z noszenia munduru. Moja generacja bała się munduru. Trauma po stanie wojennym? Lęk przed uniformizacją? Wykonywaniem sprzecznych z etyką poleceń? Roztopieniem się w masie? Przede wszystkim jednak nie lubiłem munduru, bo obrzydził mi go generał Wojciech Jaruzelski. W sztuce Jarosława Jakubowskiego (druk w "Dialogu" w numerze 2/2011) już od pierwszej sceny na krawieckim manekinie wisi generalski mundur. Generał, ewidentnie przypominający Jaruzelskiego, wierzy, że jego dom zamienił się w oblężoną twierdzę. Udając się na swój proces, chce wystąpić w mundurze - "jak przystało na przywódcę państwa i narodu". Bo "jak mają pluć i rzygać swoją prawdą, niech robią to na mój mundur, ja i mój mundur to jedno".

Mundur, który stale każe czyścić żonie, zakłada do obiadu wydanego dla córki i dawnych towarzyszy broni - Floriana i Czesława. Jest jak gorset, spina rozpadającego się, pełnego wahań i wątpliwości człowieka. Mundur to idea i zarazem lepsza część tyrana, wspomnienie jego żołnierskiej chwały. Teraz zakrywa rozkład ciała, daje życie duchowemu trupowi. "To moja skóra, zielona skóra gada" - wyznaje Generał.

Bohater czy zbrodniarz?

Wzorem Thomasa Bernharda, autora granej teraz w Polsce sztuki "Przed odejściem w stan spoczynku", Jakubowski chciał pokazać "zło na emeryturze". Mundur symbolizuje przeklętą podwójność wszystkiego, co dotąd robił bohater. "Gdybym stanął po stronie Solidarności, byłbym prawdziwym bohaterem, ale i prawdziwym zdrajcą" - wyznaje. Mundur to alibi dla kogoś, kto stale podkreśla, że "był komunistą, ale przede wszystkim był patriotą".

Aleksandra Popławska, która reżyseruje warszawskie przedstawienie (wspólnie z Markiem Kalitą), mówi: - Nie interesuje nas rekonstrukcja osobowości prawdziwego Jaruzelskiego, odtworzenie jego motywacji psychologicznych. Robimy krok w stronę uniwersalizacji bohatera, szukamy w nim typowych cech polityka i dyktatora, bo nie chcemy odnosić się do faktów znanych z konkretnej rzeczywistości.

Przedstawienie w Imce nie będzie więc ani publicystyczne, ani historyczne. Jego twórcy nie chcą oceniać i oskarżać. - W człowieku mieści się przecież tyle samo dobra co zła - tłumaczy Popławska. - Połowa Polaków mówi o Jaruzelskim jako bohaterze, a druga, że to był zbrodniarz.

Umundurowany Jaruzelski pojawia się na polskiej scenie po 1989 roku nie po raz pierwszy. W 2003 roku w "Balu pod Orłem" pokazał go -jako Senatora z "Dziadów" - Zbigniew Brzoza. Spektakl był taneczno-pantomimiczną opowieścią o PRL. Generał śnił swój straszny sen między różowymi poduchami, z których wydobywały się maski Breżniewa i Honeckera. Wielogłowego groteskowego potwora zadeptywał w końcu zbuntowany polski lud.

W spektaklu "Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł" Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego Jaruzelski znajdował się pośród innych niepochowanych trupów polskich, obok biskupa Paetza i Dody. Podkradzione Dostojewskiemu boboki za żadną cenę nie mogły przestać mówić. Grany przez Jerzego Gronowskiego generał wygłaszał logoreje o wojnie, patriotyzmie, dylematach żołnierza komunisty. Ze stałym arsenałem gestów-rekwizytów: z ręką na sercu, wyprostowanymi ramionami, ciemnymi okularami.

Spektakl Popławskiej i Kality ma być utrzymany w konwencji snu, realizatorzy poszli tropem sugestii autora, który w jednym z wywiadów powiedział, że taki Jaruzelski mu się przyśnił. Aleksandra Popławska: - Nasz bohater będzie przerysowany, bardzo bliski postaciom z filmów Davida Lyncha. Nie jest obleśnym starcem z teatru Bernharda czy Becketta, ale Jaruzelskim w sile wieku, ikoną swoich czasów. Znajduje się między życiem a śmiercią, w Lynchowskiej czerwonej komnacie. W niekończącym się śnie-teatrze czeka na ostateczny wyrok sądu, który może jednak nigdy nie zapaść.

Kalita grający Generała nie nosi munduru jak postać w dramacie. - W naszym spektaklu mundur jest symbolem świetności i siły. Pojawi się dopiero w drugim akcie na tle czerwonych kotar, kiedy wzmacniamy atmosferę nierealności - zapowiada Popławska.

Afgańcy i przebierańcy

W teatrze mundur nigdy nie jest neutralny znaczeniowo. Reprezentuje nie tyle jakąś armię, ile przypisane jej funkcje symboliczne. Niemiecki mundur SS albo czarny gestapowski uniform zawsze będą oznaczały zło absolutne i nieludzkie. Przyjdzie w nim śmierć nieuchronna i punktualna. Z kolei sowiecki mundur to zło swojskie, rubaszne, byle jakie i tępe. Mundur amerykański wprowadza rockandrollowy klimat, wizję wojny luzackiej, co nie znaczy, że mniej okrutnej. A co czujemy na widok polskiego munduru?

PRL-owski był upokorzeniem, ten przedwojenny - daremną tęsknotą podszytą podejrzeniem, że mit o ułanach skrywa jakieś trudne sprawki. Zwykle nosili go przebierańcy - rosyjski marszałek Rokossowski albo spikerzy w stanie wojennym. Dziś jego polową wersję zakładają politycy podczas wizyt w bazach wojskowych. W "Ostatnim takim ojcu" Artura Pałygi i Łukasza Witta-Michałowskiego (Lublin, 2009 rok) noszą go ojcowie sadyści z wojskowego osiedla. Tacy, którzy biją żony, chleją na potęgę, tresują dzieci. Widzowie są otoczeni przez mundurowych - nie przypadkiem siedzą na ruchomych modułach przeciąganych przez szeregowców po teatralnej sali, jakby to były ciężarówki z rekrutami jeżdżące pierwszy raz po poligonie. W legnickiej "Operami Dunaj" Roberta Urbańskiego Jacka Głomba (2006) po scenie

jeździł polski czołg z czołgistami przebranymi za telewizyjnych pancernych. Podbój bratniej Czechosłowacji nie był chłopięcą przygodą, ale krachem marzeń, ukazaniem dwuznacznego wymiaru naszego bohaterstwa w zderzeniu z niebohaterskim krajem i niesłuszną sprawą.

Do tej rewizjonistycznej linii teatralnej nawiązuje "Chłopiec malowany" Piotra Rowickiego wyreżyserowany niedawno w poznańskim Teatrze Polskim przez Piotra Ratajczaka. - Gdy widzę żołnierza, od razu mam negatywne skojarzenia - mówi reżyser. - Z władzą, z systemem fałszywych, konwencjonalnych zachowań patriotyczno-patriarchalnych, przeciwko którym występuję.

Spektakl był reklamowany plakatem ze zdjęciem plastikowego żołnierzyka pochowanego w ziemi. Oto dwaj żołnierze przychodzą poinformować matkę, że jej syn zginął podczas misji w Afganistanie. Rutyna posłańców śmierci, psioczenie na rozkazy i nieczułość dowództwa. Odwlekanie przez matkę chwili, w której usłyszy to, co podejrzewa. Gotuje rosół, prasuje i czeka na syna. Nie chce wpuścić żołnierzy, bo dopóki ona nie wie, syn żyje. Ratajczak i Rowicki uciekają od realizmu. Żołnierze wyłamują drzwi i już jesteśmy w surrealnym piekle. Po pokoju przechadza się duch zabitego syna, który nie zginął od wybuchu miny, ale pijany wbił sobie w polskiej bazie nóż w tętnicę udową i wykrwawił się na śmierć. Nie był bohaterem, sprzedawał narkotyki towarzyszom broni. Ale i tak trafi po śmierci do ziemianki, w której siedzą jego dziadek i ojciec, też żołnierze.

Wszyscy polscy bojownicy ganiają się po lasach z dawnymi wrogami. Są tylko smród, głód i strach. - Zastanawialiśmy się, czy rzeczywiście musimy używać polskich mundurów, czy nie wystarczyłby jakikolwiek silnie zuniformizowany kostium - mówi Ratajczak. W końcu mundury galowe jednak pojawiły się na scenie. Reżyser chciał odpowiedzieć sobie na pytanie, czy żołnierz to nieświadoma swych czynów ofiara systemu, czy raczej wyszkolony profesjonalista, polski najemnik, który jedzie na wojnę zarabiać pieniądze: - Jeśli to drugie, to dlaczego mam się przejmować losem najemnika? W spektaklu żołnierze i ich matki recytują wyuczone lekcje - o patriotyzmie i słodkiej śmierci za ojczyznę. O przeznaczeniu i heroizmie. Ze ścian patrzą twarze polityków ostatniego stulecia. Czy naprawdę wiemy, czym jest dzisiaj wojna sprawiedliwa?

Jako pierwsi problem polskich misji stabilizacyjnych podjęli w przedstawieniu "Padnij!" Paweł Demirski i Piotr Waligórski. Był rok 2004. W prawdziwym mieszkaniu w gdańskiej dzielnicy zainscenizowali stypę po śmierci oficera zabitego w Iraku. W sąsiednim pokoju zamknięta trumna, mundury wiszą w szafie, a grupka wdów i żon marzy, żeby Polacy "stabilizowali" Lazurowe Wybrzeże. Ale zamiast południa Francji jest Afganistan. "Nangar Khel" Macieja Masztalskiego i wrocławskiej grupy Ad Spectatores (premiera we Wrocławiu dwa lata temu) był klasyczną dokudramą. Zestawiał ze sobą listy żołnierzy, którzy l0 sierpnia 2007 roku ostrzelali afgańską wioskę. Grupa aktorów przebrana na biało udawała telewizyjnych showmenów wcielających się w bohaterów tamtego zdarzenia - polityków, generałów, szeregowców, dziennikarzy. Materiały procesowe, zeznania, dyskusje telewizyjne i prasowe budowały niezwykły dramat Polaków zagubionych między wielką polityką światową a krajowymi rozgrywkami.

Bolek i Lolek w Afganistanie

- Może jesteśmy przygotowani militarnie na walkę w Afganistanie - mówi reżyser Łukasz Witt-Michałowski - ale kompletnie nie mamy pojęcia, co zrobić z psychologicznymi kosztami tej wojny.

Spektakl w jego reżyserii z tekstem Artura Pałygi, zrealizowany parę tygodni temu w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej, także nosi tytuł "Nangar Khel". To zrazu nieco surrealna wizja tego, co by było, gdyby Bolek i Lolek (bohaterowie filmów animowanych produkowanych w wytwórni filmowej w Bielsku} pojechali do Afganistanu. Albo założyli grupę rekonstrukcyjną, która bawi się w wojnę z talibami. Co ma paintball do prawdziwej wałki i śmierci? Najpierw zjeżdżają z teatralnego sufitu uzbrojeni po zęby komandosi. Wybucha granat. Komandosi mierzą do nas z broni. Nikt jednak nie chce odgrywać roli talibów. Dlatego ich przeciwnikiem będzie chór Afganek w szatach zasłaniających całe ciało. Pomiędzy grupą żołnierzy a grupą kobiet widać otwarty, świeżo wykopany grób. I wtedy na scenę wychodzi uczestnik tamtych zdarzeń - chorąży Osiński, jeden z oskarżonych w procesie o śmierć sześciu cywili, w tym kobiet i dzieci w Nangar Khel. - Chorąży Osa przez długi czas bronił się, żeby nie wystąpić w mundurze na scenie, musiał dostać zgodę przełożonych - tłumaczy Witt-Michałowski. - Dla mnie był to tylko kostium teatralny, dla niego świętość. Michałowski nie miał poczucia, że szarga mundur. - Wydaje mi się, że ten mundur sam potrafi się zszargać, jak wtedy w Nangar Khel.

Sztuka umieszcza polską zbrodnię wojenną w kontekście wejścia sowietów do Afganistanu w 1979 roku i odwrotu Anglików z Kabulu w połowie XIX wieku. Pokazuje, dlaczego mamy kłopot z tą wojną. Przecież nawet stan wojenny nie zmienił pozytywnego nastawienia do munduru. Polacy wołali: "Wojsko z narodem!". Żołnierz w mundurze wciąż budził pozytywne skojarzenia; w końcu to ten, który walczył "za wolność naszą i waszą". Dopiero incydent afgański symbolicznie to zakończył. Witt-Michałowski: - Kiedy weszliśmy do Iraku, duch kolonialny ożył w narodzie. Dostaliśmy ślinotoku - będzie ropa, będzie polska flaga nad pustynią! Totem pojawiło się rozgoryczenie - nawet Turcy dostali dwa szyby, a my nic, ani kontraktów, ani zysków. To po co nam ta wojna?

Chorąży Osa najpierw słucha żartów o rekonstrukcjach wojennych, potem patrzy na imitację afgańskich rytuałów ślubnych odgrywanych przez kobiety. W końcu wstaje i wygłasza wstrząsający monolog zakończony słowami: "To ja jestem bronią, z której wy strzelacie". Zbrodniarz wojenny? Zdradzony bohater? Z widowni wychodzi prawdziwa Afganka, od lat mieszkająca w Polsce Safia Rabati. Prosi o modlitwę, śpiewa afgańską pieśń. A potem długo patrzą sobie z Osą w oczy. Nie wiem, czy jest w tym spojrzeniu wybaczenie.

Kim jest dziś polski żołnierz? Bojownikiem o wolność czy płatnym najemnikiem? Bezmyślnym trepem czy ofiarą systemu? Bohaterem - czy może już zbrodniarzem? Coś zmienia się w odczuciu społecznym; pewnie winnym przypadku teatr, który jak barometr reaguje na takie zmiany, nie wpuściłby tyle wojska na scenę.

- Początkowo społeczeństwo afgańskie zareagowało pozytywnie na nasze wojska, ale w tej chwili naszych mundurów boją się tak samo jak talibów - objaśnia Witt-Michałowski. Polski teatr przestał być dumny z munduru. Bo już wie, co on od zawsze przykrywał.