powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Spełniony jubilat

Rolą Wepsa w "Ptaszniku z Tyrolu", 22 kwietnia w Gliwickim Teatrze Muzycznym JERZY GOŚCIŃSKI, śpiewak, aktor, pedagog i reżyser świętuje jubileusz 25-lecia pracy artystycznej.

Jubilat od samego początku swojej kariery związany jest z gliwickim teatrem. To tutaj wystąpił jeszcze jako student, tutaj też debiutował jako dyplomowany artysta, tutaj także, już od 21 lat, kształci młodzież. Nic więc dziwnego, ze ponad połowa chóru to wychowankowie tego artysty.

Jerzy Gościński (na zdjęciu) urodził się w 1953 roku w Sanoku, gdzie spędził pierwsze sześć lat życia. Jego rodzice byli ekonomistami. Po przeprowadzce do Katowic jego ojciec pracował w Ministerstwie Górnictwa, a matka w Biurze Przemysłu Węglowego. Wydawałoby się, że te mało artystyczne zawody nie powinny wpłynąć na sceniczną karierę przyszłego śpiewaka i aktora, jednak atmosfera w domu państwa Gościńskich była zawsze bardzo artystyczna.

W czasie studiów powoli zaczęły kształtować się zainteresowania zawodowe Jerzego Gościńskiego. Na PWSM spotkał m.in. wspaniałego pedagoga Zofię Truszkowską, aktorkę Teatru im. S. Wyspiańskiego w Katowicach, która prowadziła zajęcia z dykcji. To na nich artysta pokochał poezję, literaturę - mówienie, które szybko zaczął cenić w równym stopniu, co śpiewanie. Myślał nawet o zdawaniu do szkoły aktorskiej. PWSM zaczynał i kończył jako bas-baryton, jego pedagogiem był Eugeniusz Kuszyk, wspaniały bas występujący m.in. na scenie Teatru Wielkego w Warszawie, a pracę magisterską pisał na temat partii basowych w "Cyruliku sewilskim" Rossiniego. Dopiero później, już w czasie pracy w Operetce Śląskiej, w jego repertuarze zaczęły przeważać partie barytonowe - takie, które najczęściej wykonuje dzisiaj.

Na ostatnim roku studiów jego recital oglądał dyrektor Operetki Śląskiej Stanisław Tokarski. Musiał zapamiętać pana Jerzego, bo kiedy ten, za namową prof. Michaliny Growiec, wystartował w przesłuchaniach do gliwickiego teatru, został z miejsca przyjęty. Obowiązkowe studenckie zaliczenie przedstawienia robił już jako artysta Operetki Śląskiej - zagrał rolę Blachika w "Dzielnym wojaku Szejku". Kilka miesięcy wcześniej miał miejsce jego sceniczny debiut - jako Jąkała zasiadł na drzewie wchodzącym w skład dekoracji "Krakowiaków i Górali" Stefaniego.

Gliwickiej scenie pozostał wierny przez całe dwadzieścia pięć lat swojej kariery artystycznej. Zagrał tu ponad 100 różnych ról, w tym 70 w przedstawieniach premierowych. Od początku specjalizował się w rolach charakterystycznych - już jako 26-letni młodzieniec grał Ojca Lizy w "Krainie uśmiechu", paradując po scenie z dopiętymi bokobrodami i włosami farbowanymi na biało. ("Dziś - śmieje się - nie trzeba nic farbować.") To przedstawienie reżyserował Józef Słotwiński, jeden z dwóch - obok Mieczysława Daszewskiego - reżyserów, których do dzisiaj pan Jerzy traktuje jako swoich mistrzów. Najmilej wspomina zagrane przez siebie role: księcia Rudiego w "Hrabim Luxemburgu", Gucia - granego równolegle do trzech innych postaci w "Krainie uśmiechu", Ministra w "Wiedeńskiej krwi", generała Lohonaya w "Manewrach jesiennych", Niegusa w "Wesołej wdówce", Saundersa w komedii "Dajcie mi tenora!", Wepsa w "Ptaszniku z Tyrolu", którym świętuje swój Jubileusz.

Gliwiccy widzowie mogą go często podziwiać w charakterystycznych rolach "despotów", od których stał się w GTM niemal specjalistą! Ojciec Andrew Carnes w "Oklahomie!", dyrektor szkoły Clark w "Footloose" czy dyrektor opery Saunders w "Dajcie mi tenora!" - pan Jerzy z uśmiechem przyznaje, że w tego typu rolach może się "wyżyć", dopuszczając do głosu tę "wredniejszą" część swojej osobowości. Podkreśla, że stara się nie przerysowywać nawet takich ról - nadmierna szarża jest według niego jednym z najgorszych grzechów, jakich można dopuścić się na scenie - zresztą, nie tylko w operetce, tyle że to w niej tego typu "zagrywanie się" jest szczególnie nęcące.

Dwadzieścia pięć lat, które Jerzy Gościński spędził w gliwickim teatrze, stanowią kawał jego historii. Pamięta on jeszcze wspaniałych, wielkich artystów, z którymi ta scena się kojarzyła. Sam występował z wieloma z nich. Razem z Andrzejem Górskim chadzał kraść psy we wspomnianym "Dobrym wojaku Szejku", z Marcelim Pałczyńskim nie tylko występował w niezliczonej liczbie przedstawień, ale i wspólnie - już poza sceną - podróżował po Polsce z przyczepą kempingową. Jerzy Michalus był jego najczęstszym współlokatorem w czasie teatralnych występów gościnnych na scenach całego kraju, od lat współpracuje z Krystyną Westfal, Jerzy Bytnar i Arkadiusz Dołęga to najbliżsi mu dzisiejsi soliści Teatru Muzycznego.

Łączą ich wspólnie przeżyte przygody artystyczne, tryumfy i sukcesy, ale i pamiętne wpadki czy sceniczne dowcipy. Jak każdy artysta, o tych ostatnich pan Jerzy mógłby opowiadać godzinami. Najbardziej śmieszy go kawał, jaki zrobili mu koledzy soliści "Róży wiatrów". W roli wrednego generała, miał on pogrążyć młodą kobietę, czytając kompromitujący ją list. Nigdy nie nauczył się go do końca na pamięć, mając całą tyradę zanotowaną na papierze. Któregoś razu koledzy podmienili mu listy. Jakież więc było zdziwienie pana Jerzego, kiedy wyciągnął z kieszeni papier, na którym napisane było wielkimi literami: "Jurek, naucz się tekstu!" Wybrnął z sytuacji, przekazując list adiutantowi z poleceniem: "Czytajcie, adiutancie" Ten ostatni podbiegł do suflerki, wyrwał jej kartkę z egzemplarza i to z niej odczytał treść oskarżenia.

Niemal od początku pracy zawodowej Jerzy Gościński łączył karierę artystyczną z obowiązkami nauczyciela i pedagoga. Wszystko się zaczęło w 1984 roku, kiedy Marceli Pałczyński, pierwszy dyrektor gliwickiego Studium Wokalno-Baletowego, zaproponował mu prowadzenie zajęć z dykcji i recytacji. Wkrótce do wymienionych zajęć doszły lekcje gry aktorskiej i charakteryzacji, oprócz tego prowadzi on również ćwiczenia z dykcji w gliwickiej Szkole Muzycznej. Z tymi dwiema instytucjami był związany przez całe 20 lat pracy pedagogicznej, ale współpracował też z wieloma innymi, m.in. z Kolegium Języka Francuskiego, gdzie jako reżyser przygotowywał przedstawienia złożone z fragmentów dramatów - wygłaszanych, co warte podkreślenia, po francusku! Już pierwszy tego typu spektakl wygrał festiwal organizowany przez UNESCO.

Jako reżyser przygotowuje on również spektakle dyplomowe Studium Wokalno-Baletowego - w czym pomaga mu z pewnością wieloletnie doświadczenie jednego z "etatowych" asystentów reżysera w realizacjach Teatru Muzycznego.

Spośród licznych pól aktywności zawodowej Jerzego Gościńskiego warto jeszcze wymienić dwa. Po pierwsze, pan Jerzy jest znanym na Śląsku radiowcem. Kiedy na początku lat 90. nastąpił w Polsce prawdziwy boom w tej dziedzinie, artysta, dzięki swojemu "radiowemu" głosowi, stał się jednym z najczęściej słuchanych aktorów w województwie. "Obsługiwał" cały region gliwicko-rybnicko-raciborski. Zaczęło się od czytania reklam, skończyło na udzielaniu głosu w muzycznychi poetyckich słuchowiskach radia Plus czy CCM. Pan Jerzy jest też znany ze swojej działalności charytatywnej: prowadzi liczne licytacje, często występuje jako konferansjer tego typu imprez. Współpracował m.in. z dyrektor gliwickiego Szpitala na ul. Radiowej, dr Barbarą Zajączkowską, z powstającym tutejszym hospicjum, z Towarzystwem Przyjaciół Gliwic i z wieloma innymi instytucjami.

Po dwudziestu pięciu latach pracy, Jerzy Gościński czuje się spełniony. Zagrał wiele pierwszoplanowych ról, jest artystą rozpoznawanym, lubianym, nagradzanym (m.in. Nagroda II stopnia Centrum Edukacji Artystycznej), obsadzanym w kolejnych produkcjach GTM. Udało mu się uniknąć największych stresów związanych z niełatwym zawodem, który wybrał. Cieszy się, że dzisiaj gliwicki teatr jest tak różnorodny, jeśli chodzi o repertuar - dzięki temu mógł zagrać jedną z głównych ról w "Dajcie mi tenora!", przedstawieniu dramatycznym; właśnie w tym kierunku chciałby się w przyszłości rozwijać - w kierunku, który od strony aktorskiej stałby się dla niego kolejnym wyzwaniem.