powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Bardzo polska tragikomedia

Mrożek napisał sztukę śmieszną i bardzo gorzką, aktualną i bardzo ludzką, międzynarodową i bardzo polską, w komediowym tonie i z tragicznym wydźwiękiem. Dwóch ludzi oznaczonych anonimowymi literami AA i XX. Bo też mogą oni przynależeć do różnych narodów jak i akcja mogłaby się toczyć w różnych krajach. Emigracja - to dość istotny element w mozaice dzisiejszego świata, polityczna (także pseudopolityczna) i zarobkowa. W "Emigrantach" Mrożka mamy dwóch emigrantów. AA, inteligent, intelektualista, rzec można filozof, uciekający z kraju ze swą wizją wolności, bez której trudno mu żyć. XX, chłop, półanalfabeta i ćwierćimbecyl, nadludzko harujący w rujnującej zdrowie pracy, wyrzekający się wszystkiego, aby nagromadzić pieniądze dla realizacji swojej wizji dobrobytu i szczęścia.

Obaj śmieszni: jeden przez uparte filozofowanie, drugi przez prymitywizm, śmieszność sztuki wynika z tego starcia się filozofowania z prymitywizmem. Obaj nieszczęśliwi; całkowicie wyobcowani z miejscowego środowiska, poza nie wyrzuceni. Obaj żałośni wśród ruin swoich wizji; wolność o wieloznacznych sensach i wątpliwych aspektach, niewolnictwo pieniądza z żądzą ich gromadzenia nigdy nie nasyconą, coraz bardziej wzrastającą. Nic ich z sobą nie łączy, chyba tylko podskórna, ukrywana tęsknota za krajem i swoimi. Nienawidzą się i przyciągają równocześnie. Ich drogi życiowe nie stykają się z sobą, a jednak są skazani na siebie, na pozostanie w tej brudnej norze w suterenie, na wspólny los, w którym i powrót jest niemożliwy i dalsze trwanie tego stanu wydaje się nie do zniesienia. Sytuacja tragiczna - nie do zniesienia.

Mrożek przeprowadza te analizę z wiedzą wyrosłą z wnikliwych obserwacji, a może i własnych doświadczeń. Bardzo konkretny, realny obraz paru godzin nocy sylwestrowej dwóch rozbitków, dyskusje i spięcia, jakie tu następują, rzutują też poza te emigranckie problemy na sprawy ogólniejsze, egzystencjalne, zahaczające o sens życia. Dodaje to sztuce głębszej perspektywy, nasyca mocniejszą dramatycznością.

Z tą dramatycznością w Teatrze Współczesnym było nie najlepiej. Przedstawienie reżyserowane przez Jerzego Kreczmara jest wierne w szczegółach ze wskazówkami autora, ale toczy się raczej w rytmie dyskusji, nie dramatycznego starcia między dwoma ludźmi i każdego z nich z samym sobą. Grają aktorzy wybitni i bardzo lubiani przez publiczność: Mieczysław Czechowicz i Wiesław Michnikowski, a jednak...

Michnikowski jest zimnym, oschłym racjonalistą - w porządku, tak jest w sztuce, przynajmniej w zewnętrznym zachowaniu się AA. Ale nie zdołał narzucić zarówno swego przekonania o głoszonych ideach jak i rozpaczliwego rozczarowania w ich realizowaniu. To rola nieprzeżyta intelektualnie. Aktor jakby powtarza tylko wyuczone formułki, od czasu do czasu błyskając iskrą dowcipu. Nie wierzy się w jego szczerość i uczciwość myślową. Bez tego postać ta nie budzi współczucia, a bez tego znów nie ma tragizmu sytuacji w "Emigrantach".

Mieczysław Czechowicz uruchomił w roli XX wszystkie swoje środki komediowe. Stworzył postać zabawną, realną i soczysta, w rzadkich momentach tylko przechylając się w stronę groteski, ale i tu nie w pełni zagrały treści i odczucia ukryte poza słowami.

W tym stanie rzeczy w rozmowie tych dwóch ludzi brakło wewnętrznego kontaktu, przeskakiwania prądu nienawiści i przyciągania. Brakło motywacji dla rozstań i powrotów, starć i pogodzeń, zamachów samobójczych i desperackich wybuchów. Słowem dramatyczność "Emigrantów" nie ukazała się z taka siłą, jakiej można było oczekiwać.