powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Białe na białym tle

Brak w spektaklu impulsów, które pobudziłyby widzów do wnikliwszej refleksji nad odpowiedzialnością człowieka względem siebie. Pozostaje tylko podręcznikowa zbrodnia i kara - o "Przy drzwiach zamkniętych" w reż. Andrzeja Dopierały w Teatrze bez Sceny w Katowicach pisze Edyta Walicka z Nowej Siły Krytycznej.

Teatr Bez Sceny Andrzeja Dopierały postawił sobie ambitne zadanie przeniesienia na deski sceniczne dramatu Jeana Paula Sartre'a. Tekst, w którym to, co najważniejsze dzieje się w słowach i pomiędzy nimi, domaga się od wykonawców perfekcji. Widz ani na chwilę nie spuści ich z oczu. Jego uwaga nie zostanie odwrócona dowcipem, zawikłaną intrygą czy monologiem jednej z postaci. W spektaklu nie będzie, pozwalającej na wytchnienie przerwy. Chcemy widzieć przed sobą aktorów ożywiających martwe słowa, by nastająca w końcu cisza pozwalała na analizę i refleksję. Trudne to zadanie.

Trzy białe pufy. Biała podłoga, białe kostiumy, przypominające lekarskie kitle. Nóż. Szminka. I to wszystko. Mało piekielnie? Po drugiej stronie kolor mebli nie powinien już mieć znaczenia. Wszystko staje się bezbarwne, a ożywione kolorami są już tylko wspomnienia. Pokój, który widzimy jest bowiem piekłem, a bohaterowie to potępione duszyczki czy, jak woli Stella, nieobecni. Początkowo grzeczna i uładzona rozmowa towarzyska, szybko przeradza się w metodyczne tortury psychiczne, które postaci wzajemnie sobie fundują. Kompleksy, namiętności, grzechy i grzeszki leniwie sączą się z przerywanego od czasu do czasu dialogu. W pomieszczeniu robi się duszno, bohaterowie kręcą się jeszcze nieoswojeni z przestrzenią, szukają swego miejsca. Wybór koloru kanapy (biedermeier), tak by pasował do stroju, nie może nie wzbudzić uśmiechu na twarzach widzów, oglądających aktorów w bieli, usadzonych w białych, miękkich pufach. Pierwsze repliki, pierwsze nieporozumienia. Atmosfera lekko się zagęszcza. Spodziewany się gradacji napięcia, nieuniknionego, wydawać by się mogło, pędu w górę na termometrze wzajemnych animozji. W końcu jesteśmy świadkami zarania wieczności dla trojga potępieńców, którzy dla siebie wzajem mają stać się katami. Z całym tym balastem oczekiwań trwamy Tymczasem napięcie jest nam wstrzykiwane małymi dawkami sporadycznych krzyków i szamotanin, które nie kumulują się w organizmach odbiorców, prowadząc w meandry ich sumień, lecz podrażniają, rozdrażniają i pozostawiają widzów z pustką nie metafizyczną. Co się zdarzyło w tym piekle?

On przybywa pierwszy. Zanim przed widzami stanie aktor z krwi i kości, widzimy projekcję na białym ekranie ustawionym w centrum sceny. Biegnący nagi mężczyzna. Przerywany oddech, obraz zniekształcony, rozedrgany, niewyraźny. Trwa to dłuższą chwilę. Intryguje i wzbudza apetyt widza. W końcu na scenie pojawia się Garcin (Andrzej Dopierała). Już spokojniejszy, bardziej opanowany w białym kaftanie. Rozgląda się po pomieszczeniu, które ma stać się miejscem kaźni. Na ekranie pojawia się jego twarz - inna, obca, mówiąca z oddalenia, ale jakby w czasie rzeczywistym. Aktor doskonale zgrywa się ze swoim alter ego, świetnie łudząc nas realnością tej konwersacji. Krótki instruktaż życia po życiu. Nie ma luster, nie ma klamek, nie ma okien, nie ma "przerw" w świadomości. Z oczami nieustannie otwartymi trzeba trwać - oto całe piekło. One także mają swoje przewodniczki. Kolejno pojawiają się Inez (Iwona Fornalczyk) i Stella (Jadwiga Wianecka). W ten sposób reżyser zastąpił czwartego aktora - Kelnera, który miał wprowadzać "podopiecznych".

Dopierała powoli rozwija swojego bohatera. Zaczyna od uprzejmości, poprzez obojętność do no właśnie, do czego? Psychicznego sadyzmu? Emocjonalnego ekshibicjonizmu? To zdaje się wynikać z treści jego słów. Jest próba zadania bólu Inez, jest wyznanie grzechów, są erotyczne gierki ze Stellą. Wszystko to wiemy i widzimy, ale nie czujemy. Obrazy układają się "dwójkowo". Podczas gdy para bohaterów odgrywa swoją scenę, trzecia postać bezwolnie wchodzi w rolę widza, a czasem mimowolnego podglądacza. Oto relacje, z których nie sposób się wyplątać. Nikt nie odejdzie i nikt już nie przyjdzie. I tak przez wieczność. W tym układzie nie ma jednak sojuszników, każdy walczy tylko o siebie i zawsze przeciw innym. Aktorzy słusznie wyeksponowali tę samotność i nieustającą walkę. Brak jednak tej iskry, która pozwoliłaby rozpalić prawdziwie piekielną pożogę, która zapisana jest w słowach dramatu, a nieobecna na scenie. Uderza to zwłaszcza w relacji miedzy Jadwigą Wianecką i Andrzejem Dopierałą. Mężczyzna bierze w objęcia kobietę. Jednak każde z nich stanowi zamkniętą monadę, fizycznie są tak blisko, ale to bez znaczenia, bo pomiędzy nimi jest zupełna pustka. Wianecka udaje rozkapryszoną dziewczynkę, bawiącą się w wampa, Dopierała ni to kochanka, ni to ojca. Nic z tego nie wynika. Głośno wykrzyczane przez Wianecką "tchórz" jest jak potężna iglica przekrywająca domek z kart. Oto niepostrzeżenie znaleźliśmy się na szczycie emocjonalnej piramidy pozbawionej fundamentów. Podobnie rzecz wygląda z histerycznym napadem Stelli. Jadwiga Wianecka utkała swoją bohaterkę ze strzępów plastikowej laleczki i bezrefleksyjnej morderczyni, nie stosując przy tym żadnej zaprawy spajającej te dwie, jakże odmienne, kobiety. W konsekwencji jej histeria spłycona zostaje do bezradnej szamotaniny, a głęboko osobista i tragiczna opowieść przeradza się w schizofreniczny monolog na wpół świadomej dziecko-kochanki.

Zupełnie inna relacja zachodzi pomiędzy Inez a Stellą. Iwona Fornalczyk świetnie wyczuła swoją bohaterkę. Cyniczna, ale namiętna, wyrachowana, ale jednocześnie najbardziej ludzka spośród swoich towarzyszy. Aktorka zręcznie oscyluje pomiędzy matczyną troską i seksualnym zainteresowaniem Stellą. Tworzy sytuację, która nas, widzów, przeraża i fascynuje jednocześnie. Sadystyczne skłonności Inez, która ze zręcznością modliszki wysysa siły z innych, w kreacji Fornalczyk mają w sobie coś z mrocznej erotyki, która może połączyć jedynie ofiarę i kata.

Piekło wzajemności niewątpliwie zostało wyeksponowane w spektaklu Andrzeja Dopierały. Brak jednak impulsów, które pobudziłyby widzów do wnikliwszej refleksji nad odpowiedzialnością człowieka względem siebie. Pozostaje tylko podręcznikowa zbrodnia i kara. Gdzieś majaczą echa pustego nieba (paradoksalnie!) i samotności człowieka, ale wszystko to wynika już z płaszczyzny tekstowej. Żadnych "nowości" interpretacyjnych, tylko kolejna konkretyzacja. Na uwagę z pewnością zasługuje niezwykle prosta dekoracja (także dzieło Andrzeja Dopierały). W tym dramacie słów doskonale sprawdziłaby się w charakterze białego płótna, na którym aktorzy mogą zaistnieć pełną gamą kolorów. W końcu nie przyszliśmy tu oglądać biedermeierowskich mebli, jak sugerował Sartre. Ale biel musi zostać czymś przełamana, by powstało "coś". W przeciwnym razie pozostaje tylko gra cieni.