Gabrysia Kownacka i Krzyś Kolberger byli długo postrzegani jako młodzi aktorzy, wciąż pnący się do góry po szczeblach tak zwanej kariery - wspomina w swoim stałym felietonie Andrzej Łapicki w Rzeczpospolitej.
Jako prezes ZASP (1989 - 1995) odprowadziłem dziesiątki kolegów, żegnając ich krótkim wspomnieniem. Uzbierało się tyle, że nawet myślałem, czy nie wydać tomiku "Funeralia". Dość ponura by to była antologia. Ubarwiona takimi postaciami jak Gabrysia, która jak torpeda wystartowała w moim przedstawieniu TV "Po upadku" Arthura Millera. Dostała nawet za tę rolę Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego. Miała wszystko to co jej poprzedniczka - MM - seks, piękne ciało, poczucie humoru. A w dodatku umiejętność dialogowania i autoironię, czyli kompletny zestaw cech dobrej aktorki. Pamiętam ją od pierwszego roku szkoły, czyli całe jej zawodowe życie. Krzyś Kolberger - piękny chłopiec o romantycznej aurze. Doskonale mówił poezję - na pewno niemała w tym zasługa Hanuszkiewicza, który go kierował w tę stronę. Debiutował u mnie w 1972 roku w Teatrze TV "Lucy Crown" Irwina Shawa. Zjawiskowy, romantyczny amant. Wielka rzadkość na polskiej scenie. I potem tylko