powiększwersja do drukupoleć znajomemu

W poszukiwaniu miłości szczęśliwej

Tak zwany ubaw po pachy w czystej postaci. Wieszczę przedstawieniu pełne sale, póki będzie na afiszu - o "Nowym Don Kichocie" w Teatrze im. Horzycy w Toruniu pisze Sylwia Lichocka z Nowej Siły Krytycznej.

W jednym ze swoich wierszy nasza szacowna noblistka, Wisława Szymborska, napisała: "Niech ludzie nie znający miłości szczęśliwej/ twierdzą, że nigdzie nie ma miłości szczęśliwej". Może warto dziś, w dobie bezwzględnego konsumpcjonizmu, gdy MIEĆ niewątpliwe rządzi niepodzielnie, zastanowić się nad kondycją człowieka. A powód może być błahy, choćby i komedyjki Aleksandra Fredry. Zaś ich dobór bynajmniej nie przypadkowy - "Zrzędność i przekora", "Pan Geldhab", "Pierwsza lepsza", "Świeczka zgasła" i "Ożenić się nie mogę". Teksty wszystkich skrzętnie opracowane tak, by ułożyły się w ciąg kilku opowiastek o przygodach sercowych jednego mężczyzny. Scenografia nienachalna, przyjemna dla oka, kolorowa. Stroje aktorów odgrywających scenki fantazyjne, kolorowe, w przypadku kobiet - nieskromne. Do tego zespół aktorski, który dobrze czuje się we własnym towarzystwie i oto okazuje się, że - jesteśmy na spektaklu "Nowy Don Kichot" Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu. Spektaklu, trzeba zaznaczyć, którego odbiór jest lekki i przyjemny.

Konstrukcja przedstawienia pozostawia pewien niedosyt - widz liczący na szukanie w całościowej fabule fragmentów czy nawiązań do poszczególnych utworów, rozczaruje się. Bowiem na scenie zostaje wystawionych pięć mikrofabuł, następujących po sobie (z zaznaczeniem momentu przejścia). Ma więc wszystko podane na tacy i jego spracowany umysł może odpocząć. I to odpocząć solidnie, bo choć język pozostał fredrowski, to posłużył do opowiedzenia prostej historii. Czasami szkoda, że mamy do czynienia z dziewiętnastowieczną polszczyzną, bo pewne frazy mogą być niezrozumiałe, jednak zabawne zwroty akcji, komizm słowny i zaskakujące perypetie bohaterów, rekompensują ewentualne niewygody. Chyba nikt bowiem nie zaprzeczy, że głównym celem tego spektaklu jest dobra zabawa. Cykl opowieści o przygodach sercowych głównego bohatera (granego przez Sławomira Maciejewskiego), jego gorliwych próbach ożenku i równie sromotnych klęskach, stał się pretekstem do ukazania całej gamy charakterów ludzkich. I cóż z tego, że nakreślonych przed dwoma wiekami, kiedy wciąż aktualnych. Mamy tu więc goniących za pieniądzem, poszukiwaczy łatwej rozrywki, kłótników, zrzędliwych starców, łowców posagów, panie o nienachalnym intelekcie, panny mniej urodziwe, kobiety zdradzające, modnisie, trzpiotki-idiotki i do tego mężczyznę owładniętego żądzą znalezienia miłości swojego życia. Historia opowiedziana w sposób niezwykle zabawny, wykorzystując bodaj cały potencjał tekstów Fredry, dokładając do tego aluzje do współczesnego sposobu bycia i prowadzenia się bawi widzów przez cały spektakl. Rozegranie jednej ze scen na widowni (na kolanach przypadkowego widza) wciąga publiczność w wir wydarzeń scenicznych i bez reszty absorbuje. Spektakl bowiem śmieszy tym silniej, im trudniej samym aktorom ukryć rozbawienie. Tak zwany ubaw po pachy w czystej postaci. Wieszczę przedstawieniu pełne sale, póki będzie na afiszu.

Jednak oprócz niesamowitej dawki humoru, nie ma w nim nazbyt optymistycznych postulatów. Bohater bowiem bynajmniej nie ląduje na ślubnym kobiercu, jest zaś po raz kolejny oszukany, poniżony i wyśmiany. Czyż więc nie ma dzisiaj miłości? Czy też upowszechniło się twierdzenie ludzi nieznających miłości szczęśliwej o jej nieistnieniu? Prawdą są więc słowa Szymborskiej czy Fredry? Kiedy już przestaniemy zanosić się śmiechem i ochłoniemy po dawce naprawdę dobrego humoru, może pomyślmy sobie przez chwilę, czym byłoby życie bez miłości. I przypomnijmy sobie, o co naprawdę warto w życiu walczyć.