Witkacy uleczony

«JEST to dla witkacologów przedstawienie-gratka. Ludzie ci od kilkunastu lat, od czasu, gdy Witkacy znalazł się w sposób legalny na scenach profesjonalnych, spierają się o to, jak sztuki Witkacego grane być powinny. Dość to zresztą szczególny spór. Mamy bogiem witkacologów-teoretyków i witkacologów-praktyków. Ci pierwsi, teoretycy, dłuższy czas zajmowali się objaśnianiem zawiłym pojęcia czystej Formy, analizą prekursorskiej wobec późniejszej awangardy dramatopisarskiej teorii i praktyki Witkacego.

Brak zainteresowania ze strony teoretyków problemami istotnymi - a takim istotnym problemem jest odpowiedź na pytanie, czy "dziwne" teksty literackie powinny być "dziwnie" grane - wykorzystali witkacolodzy-praktycy, którzy korzystając z zamieszania i szaleli na scenie, przypinając bohaterom witkacowskim dodatkowe pary rąk i nóg, ucinając im głowy, owijając w zwoje bandaży, obwieszając pudełkami od konserw, każąc im piszczeć rozdzierająco, chodzić na czworakach, siadać na huśtawce, zakładać maski gazowe, udawać strachy na wróble przebrane za sutenerów, lekarzy-psychoanalityków, marsjan i papieży. Czasem tylko - jak we wrocławskim (teatrzyku studenckim "Kalambur", gdzie wystawiono "Szewców" - pojawiały się premiery przypominające o tym, że wszystko to może z pożytkiem dla Witkacego dziać się w normalnej rzeczywistości. I że tylko umieszczenie dziwnych spraw i bohaterów Witkacego w zwykłym świecie daje pożądany - i sensowny - efekt artystyczny. I że Witkacy może służyć nie tylko do straszenia niegrzecznych dzieci, ale i ma także coś ważnego - od czasu do czasu - do powiedzenia.

Potem, gdy teatr nagrzeszył już ile wlazło, gdy bezsens podobnych zabiegów inscenizacyjnych stał się rażącą zdrowy rozsądek modą, również teoretycy postawili sobie pytanie, od którego trzeba było zacząć: czy witkacowski duch gadający ma na scenie występować w kostiumie kosmonauty, czy może być ubrany normalnie, tak, aby właśnie "zwyczajność" ducha dała efekt niezwykłości. Było już wszakże za późno, aby teoretykom przyznać prawo odkryć elementarnych. I gdy światło dzienne ujrzał numer "Pamiętnika Teatralnego" poświęcony Witkacemu, Erwin Axer znał już datę rozpoczęcia prób "Matki". "Matki", która przywraca jako przedstawienie Teatru Współczesnego rozsądek szalejącemu wśród bełkotu Czystej Formy teatrowi. Axer zrobił rzecz najprostszą, o którą prosiło się od lat: nie dopowiadał teatralnie to, co zostało już raz w przez Witkacego - w tekście - powiedziane. Pokazał zwykłe, jakby powiedziano kilka lat temu: tradycyjne przedstawienie. Przedstawienie bez szajnizmów, pankiewiczostwa, kantoryzmu i plastycznego salonu mód malarskich. Zrobił raz jaszcze to co stało się jego zasługą wobec innego polskiego autora. Pokazał, że bzdurą jest teatralna tautologia.

Zobaczyliśmy więc ludzkie, rodem z normalnego, niemal klasycznego teatru przedstawienie, w którym można było wreszcie słuchać Witkacego. I w którym jest coś, co można chyba nazwać "aktorstwem witkacowskim". Świetne role - przy tej okazji - świetnych aktorów prowadzonych logicznie przez reżysera. Wielka kreacja Haliny Mikołajskiej (matka, Janina Węgorzewska), którą można by nazwać jej największą rolą, gdyby nie pamięć o innych pracach teatralnych tej niezwykłej aktorki, która w Brechcie, Kruczkowskim, Szaniawskim, Ionesco, Schillerze, Czechowie, Mussecie umie z prestidigitatorską zręcznością żonglować tym, co trywialnie nazywa się formą teatralną.

Wielka, znacznie mniej efektowna, choć równie mądrze i równie "witkacowsko" zbudowana rola Doroty Barbary Krafftówny. Precyzyjnie i prosto narysowana sylwetka panny Zofii Plejtus Stanisławy Celińskiej, niedawnej debiutantki. Oddemonizowany Leon Węgorzewski Jana Englerta. I jeszcze Irena Horecka, Antonina Girycz, Tadeusz Surowa, Edmund Fidler, Marian Friedman, Józef Nalberczak, Włodzimierz Nowakowski, Ryszard Ostałowski. I jeszcze świetna, złośliwie parodystyczna - jedyny element parodii w tym przedstawieniu - dekoracja i kostiumy Ewy Starowieyskiej.

Przedstawienie-gratka dla witkacologów. Witkacy został uleczony, zdrowy rozsądek zwyciężył. I wszystko zostałoby uwieńczone szczęśliwym finałem, gdyby po przedstawieniu nie pojawiło się uparte pytanie: dlaczego wszakże ta świetna premiera, pokazująca uzdrowionego Witkacego, granego przez Mikołajską, Krafftównę, Englerta - dlaczego ta premiera pokazuje Witkacego lekko nudnawego? Czy to już koniec sporu o to, jak grać tego autora? Czy "zwykłość" teatru, czy świetne aktorstwo, czy logiczna inscenizacja to wszystko, czego dotąd brakowało? I czy aby w samej doskonałości realizacyjnej nie kryje się zapowiedź kolejnych kłopotów z Witkacym? Nie wiem. Ale ciągle Witkacy w studenckim "Kalamburze" wydaje mi się najlepszym Witkacym. Właśnie, dlaczego?»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego