powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Dyrygent w kaloszach

"Eugeniusz Oniegin" w reż. Michała Znanieckiego w Operze Krakowska w Krakowie. Pisze Paweł Dybicz w Przeglądzie.

Gdy ma się w zasięgu ręki wyśmienitego śpiewaka, zrozumiałe, że pod niego ustawia się repertuar. I tak się dzieje z Operą Krakowską, która po premierze "Don Giovanniego" ponownie obsadziła Mariusza Kwietnia w nowej inscenizacji, tym razem w "Eugeniuszu Onieginie". Tytułowa rola jest niemal stworzona dla Kwietnia, o czym miała już okazję się przekonać publiczność wielu renomowanych teatrów operowych.

Oniegin w jego wykonaniu to pełen uczucia, a zarazem rozdarty kochanek, który w III akcie zaczyna rozumieć, że jest człowiekiem przegranym. Jego głos wtedy nie jest tak liryczny, ale jakby matowieje. Ta modulacja to maestria. Kwiecień jest wokalną instytucją, więc tylko wyjątkowo marna inscenizacja może zatrzeć niezapomniane wrażenia z jego występów. Realizacja Michała Znanieckiego będzie budzić kontrowersje, a nawet zarzuty, że nie do końca wiadomo, co reżyser chciał przekazać. Czy wszechobecna woda oddaje ideę tej opery, czy nie za dużo półnagości (balet tańczący poloneza)? Czy... - spytają jedni. Drudzy zaś położą akcent na scenografię i kostiumy z epoki. Spór będzie się toczył po każdym przedstawieniu. Ale antagonistów połączy muzyka Czajkowskiego i wykonawcy. A ci, choć w cieniu Kwietnia, pokazali, że wokalnie są przygotowani do ról. Mikołaj Adamczak udowodnił niemałe umiejętności i zebrał zasłużone brawa. Leński może być jego popisową rolą, pod warunkiem że śpiewak weźmie kilka lekcji u rodowitego Rosjanina, bo widać, że jest z pokolenia, dla którego rosyjski w szkole nie był obowiązkowy. Magdalena Nowacka w roli Tatiany wyśpiewała kwestie czysto i nie była statyczna. To samo można powiedzieć o Agnieszce Cząstce - Tatianie. W ogóle trzeba oddać reżyserowi, że w jego wizji "Oniegina" śpiewacy (nie tylko ta czwórka) znajdują się na pierwszym planie i oprócz wokalu są też nieźle ustawieni pod względem gry scenicznej. Tu Znaniecki nie poszedł na eksperymenty. Pewnie więc dyrekcja Opery Krakowskiej będzie jeszcze korzystać z jego usług. Czy powierzy mu wystawienie "Jeziora łabędziego", skoro reżyser wie, jak zbudować scenę, by woda nie zalała widzów? I skoro umiejętnie prowadzący orkiestrę Łukasz Borowicz ma już kalosze, by móc na scenie pokłonić się publiczności?