Przypadek Królikiewicza

Grzegorz Królikiewicz jakoś przestał drażnić, właściwie przestał istnieć. W ostatnich latach głośno było o nim nie z racji artystycznych sukcesów albo i porażek, ale dzięki zaangażowaniu w ideologiczne spory, polityczne afery i środowiskowe hucpy - pisze Wojtek Kałużyński w Przekroju.

«Gdy siedem lat temu, po śmierci Kazimierza Dejmka prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki mianował Królikiewicza dyrektorem Teatru Nowego, wybuchła awantura na całą Polskę. Zespół zastrajkował, aktorzy przez dwa miesiące okupowali budynek. W sprawę zaangażowało się całe środowisko, w większości Królikiewiczowi przeciwne. Olgierd Łukaszewicz, wówczas prezes ZASP, przed telewizyjnymi kamerami opowiadał o swoim prywatnym, poniżającym doświadczeniu współpracy z Królikiewiczem. "Metoda polegająca na wywoływaniu niespodziewanych, niekontrolowanych reakcji psychicznych u aktora i na ich filmowaniu jest zaprzeczeniem teatru" - mówił.

Królikiewicz kierował Nowym przez dwa lata. Bez większych sukcesów. Wystawił między innymi "Montserrat" Emmanuela Roblsa i "Obronę Sokratesa" Platona we własnej reżyserii - tylko po to, by uprawiać średniego lotu publicystykę. Samą niepoprawność polityczną reżysera poczytywano za dowód psychicznej aberracji. "Przecież wiadomo, że Królikiewicz zwariował" - słyszało się zewsząd. Po całej sprawie został skazany na zapomnienie. Prawie nikt nie zauważał realizowanych w miarę regularnie filmów dokumentalnych, najczęściej o białych plamach najnowszej historii: "A potem nazwali go bandytą" (2002) o Józefie "Ogniu" Kurasiu czy "Bardzo krótki strajk" (2007) o buncie łódzkich studentów w pierwszych dniach stanu wojennego. Nikt też właściwie nie zauważył, gdy swój najnowszy dokument "Kern" (poświęcony byłemu marszałkowi Sejmu Andrzejowi Kernowi) demonstracyjnie wycofał z festiwalu Era Nowe Horyzonty w proteście przeciwko rezygnacji Romana Gutka z dystrybucji filmu Ewy Stankiewicz "Nie opuszczaj mnie".

Wariat z kamerą

Z etykietką odmieńca występującego w pojedynkę przeciwko wszystkim zmagał się Królikiewicz od czasu studiów w łódzkiej filmówce. Kiedy w 1969 roku nakręcił dokument o indoktrynacji poborowych "Mężczyźni", wystąpili przeciw niemu profesorowie z Łodzi, opiniując film jako szkodliwy. "Mężczyźni" trafili na półkę, a dyplomem Królikiewicza była dopiero "Wierność" (1971) - poświęcona wujowi, bohaterowi znad Wizny Władysławowi Raginisowi.

Był wtedy w dokumentalnej awangardzie. Wraz z Krzysztofem Wojciechowskim i Krzysztofem Kieślowskim domagał się poszerzenia granic wolności. Na festiwalu w Krakowie w 1971 roku krzyczał do swych nauczycieli ze szkoły: "Przegryziemy wam gardła! To wy uczycie nas konformizmu!".

Z debiutem fabularnym Królikiewicz też miał kłopoty. Tuż po studiach kolega za obiecane pół litra wódki przyniósł mu artykuł o sprawie Maliszów - małżeństwa z przedwojennego Krakowa, które zamordowało trzy osoby. Królikiewicz od razu wiedział, że to dla niego wymarzony materiał. I zrobił w 1972 roku "Na wylot", wyprzedzający eksperymenty Dogmy Larsa von Triera.

Opowiedział tę historię w sposób szokujący. Samą konstrukcją zmuszał do maksymalnego wysiłku potrzebnego do odtworzenia przebiegu zdarzeń. Zgodnie z własną, ogłoszoną na łamach "Ekranu" doktryną wykorzystania w inscenizacji przestrzeni poza kadrem, scenę zabójstwa kazał oglądać zza zamkniętych drzwi, potem dopiero wkraczał do pokoju w serii konwulsyjnych ujęć. Królikiewicz pokazywał zbrodnię jako rozpaczliwy znak istnienia wyobcowanych bohaterów, akt nadawania sensu własnemu życiu, a proces jako manifest ich wielkiej miłości. "Na wylot" weszło na ekrany w atmosferze nagonki. - Byłem nazwany gorszycielem, który proponuje apoteozę zbrodni - wspomina Królikiewicz. Podczas pokazów w warszawskim kinie Atlantic wyłożono zeszyt, do którego publiczność wpisywała inwektywy. - Ten zeszyt był spisem żalów, pretensji i agresji, łącznie z plwocinami, które sklejały kartki - mówi reżyser.

W "Wiecznych pretensjach" (1974) ilustrował Królikiewicz mechanizm ubezwłasnowolnienia w PRL. Kolaudacja skończyła się ocenzurowaniem filmu i zatrzymaniem go na 16 lat, a sam reżyser został pozbawiony prawa do wykonywania zawodu. Uratowała go paradoksalnie metka awangardzisty. - Uchodziłem za szaleńca i wiele osób uważało nawet, że z premedytacją daję do zrozumienia, że mam wariackie papiery. Dzięki temu udawało mi się mówić bezkarnie rzeczy, których artykułować nie pozwalano - mówi. Pomógł mu też niewątpliwie akces do Zespołu Filmowego Profil kierowanego przez Bohdana Porębę - twórcę "Hubala", współtwórcę niesławnego Zjednoczenia Patriotycznego Grunwald i działacza PZPR z dużymi wpływami w Biurze Politycznym. Zrobił tam "Tańczącego jastrzębia" na podstawie powieści Juliana Kawalca. W żaden sposób film ten nie pasował do siermiężnych, propagandowych produkcji Ułanów Rakowieckich, jak określano twórców z Profilu. "Tańczący jastrząb" nie zawierał ani jednej realistycznej sceny, a jednocześnie układał się w jak najbardziej realistyczny życiorys chłopa, który dochrapał się dyrektorskich stanowisk, tragicznie odcinając się od własnych korzeni.

Rozdygotana kamera, ekspresjonistyczne kontrasty, deformacje, przerysowany dźwięk były już wówczas rozpoznawalnymi elementami indywidualnego stylu Królikiewicza. Część krytyki ów styl wyśmiewała jako bełkotliwy, ale Zygmunt Kałużyński, choć pokpiwał z estetyki reżysera, deklarował: - Dziś o prawdziwych szaleńców awangardowych trudno i powinni być oni pod ochroną.

W następnych latach Grzegorz Królikiewicz rozwijał swoją radykalną wizję kina. W "Forcie XIII" (1983) opowiedział historię dwóch oficerów uwięzionych podczas I wojny światowej w twierdzy w Przemyślu. Część materiału zrealizował w prawie całkowitych ciemnościach. W "Zabiciu ciotki" (1984) nakręconym według powieści Andrzeja Bursy 20-letni student chce się wydobyć z marazmu codzienności poprzez zabójstwo. "Zabicie ciotki" było też powrotem Królikiewicza do własnej inicjacji jako twórcy. Gdy miał 15 lat, na biwaku urządził inscenizację dla grupy rówieśników, którzy odmówili mu miejsca w namiocie. Opowiadał, że w okolicy grasuje banda pod wodzą niejakiego Traczyka i morduje przypadkowych ludzi. Żeby uwiarygodnić opowieść, koledzy reżysera ciągnęli za linki namiotu, dziurawili nożem torby z prowiantem.

Królikiewicz wywołał efekt, który go zafascynował i przeraził zarazem. Jeden z chłopców siedział całą noc w bagnie, inny, uciekając, zwichnął nogę, a jeszcze inny mało nie stracił oka. - Zobaczyłem, że dzięki czemuś przerażającemu, co jest we mnie, coś stwarzanego zaczyna się dziać, stawać. Wstąpiłem do piekła - mówi po latach.

Polska paranoja

Po roku 1989 zrobił serię spektakli i filmów dokumentalnych na temat zbrodni komunistycznych. Mógł wreszcie mówić wprost, ale jako filmowiec znalazł się na całkowitym aucie. Nie dostawał pieniędzy, więc założył firmę i sam wyprodukował "Przypadek Pekosińskiego". Zainscenizował psychodramę, w której tytułowy bohater zagrał samego siebie. Człowiek bez tożsamości (nazwisko Pekosiński nadano mu od skrótu Polskiego Komitetu Opieki Społecznej), kaleka, alkoholik, niespełniony geniusz szachowy odgrywa przed kamerą kluczowe momenty własnej biografii, której Królikiewicz nadał znaczenie symbolicznej figury polskiej paranoi.

Właściwie we wszystkich swoich filmach reżyser opowiada albo o skrzywdzonych i poniżonych, których sam nazywa "ludźmi z piwnicy", albo o historii, w której szuka niejednoznacznych postaci . Tyle że w końcu obrona wartości wzięła górę nad sztuką. Eksperyment stawał się manierą, bogoojczyźniane gesty teatrem, a poza odrzuconego proroka zbliżała go do granic autoparodii.

Awangarda rzadko też idzie w parze z publicystyką i pokrzepianiem serc, które od jakiegoś czasu uprawia Królikiewicz. W PRL "wariackie papiery" dawały mu wolność, dziś etykietka oszołoma zamyka usta. Paradoks czasów, w których "ja" znów znaczy mniej niż "my"? W których trzeba zabić ciotkę, żeby ktoś potraktował owo "ja" poważnie?

***

Właśnie ukazały się kolekcja jego filmów oraz wywiad rzeka

Grzegorz Królikiewicz "Na wylot" (1972), "Wieczne pretensje" (1974), "Tańczący jastrząb" (1977), "Zabicie ciotki" (1984), "Każdemu to, czego mu wcale nie trzeba" (1966), "Idź" (1989), Kino Polska

"Królikiewicz. Pracuję dla przyszłości - z reżyserem rozmawiają Piotr Kletowski i Piotr Marecki", Ha!art, Kraków 2010, s. 240, 35 zł»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego