Wesele, wesele... Hanuszkiewicza

«1. Adam Hanuszkiewicz przeszedł w swoim życiu teatralnym kilka scen od Teatru Powszechnego na Pradze i Teatru Telewizji przy pl. Powstańców począwszy, a na Teatrze Narodowym, Teatrze Małym i Scenie Kameralnej, na razie i aktualnie... na czele stojąc (ale nie powiem "kończąc"). Zapisał się w pamięci widzów i krytyków, jako ten, który szokuje, burzy stare sposoby inscenizacji - przede wszystkim dzieł klasycznych. Szukał zawsze nowego wyrazu dla tych dzieł, ale także nowego kontaktu z widzem.

Niespełna rok temu z wyraźnym adresem polemicznym podjął się inscenizacji "Balladyny" Słowackiego. Niektórzy twierdzili, że chciał wyjść naprzeciw kłopotom pedagogów-polonistów, którzy skarżyli się, że młodzież nie chce ani czytać, ani oglądać przewidzianej w lekturze szkolnej, sztuki. Hanuszkiewicz wystawił ten dramat w Teatrze Narodowym tak, że do dzisiaj zatyka ludziom dech w piersiach. Po scenie i części widowni, na specjalnej jakby beczce śmierci, z rykiem jeżdżą aktorzy dosiadłszy japońskich motocykli. Walka dobra ze złem, idei nadrzędnych w dziele Słowackiego, toczy się przy pomocy elektronicznych zabawek (w tym przypadku czołgów typu Shermann), a Bożena Dykiel, wspaniała w swej plebejskiej urodzie, przyobleczona jest w kostium pilota-spadochroniarza, władającego do tego z łatwością ową japońską "Hondą". Nieufność i przekora, dyskusyjność wobec zastanych obrazów, nawet pewien brak umiaru, doprowadziły do tego, że na "Balladynę" ludzie do dziś walą tłumem, a partnerzy Hanuszkiewicza w reżyserowaniu i dyrektorowaniu, zazdroszczą mu sukcesu.

Ale Hanuszkiewicz chcąc stworzyć własny teatr, oryginalne i niepowtarzalne widzenie, musiał być w swym dziele konsekwentny. Burząc tradycyjne ideały sceniczne, stare wartości z przeszłe) rekwizytorni, sięgnął po raz drugi w swoim życiu (pierwszy raz w 1963 r.) po najwybitniejsze dzieło polskiej dramaturgii dwudziestowiecznej, "Wesele" Wyspiańskiego.

2.

Prapremiera, niejako "Wesela" odbyła się 75 lat temu bez mała w domu Tetmajerów w Bronowicach Wielkich pod Krakowem, gdzie poeta Lucjan Rydel brał ślub z wiejską dziewczyną, Jagusią Mikołajczykówną. Był to jednak tylko pierwowzór, który posłużył Wyspiańskiemu do wydobycia na światło i pod publiczną oceną, polskie i narodowe sprawy, poddał napiętnowaniu gnuśność i niedojrzałość ówczesnego społeczeństwa, które miast czynem, zabawami i przebierankami raczyło ducha.

Centralna postać "Wesela" Gospodarz, który ma ochotę i słomiany zapał przewodzić reszcie wsi, natchniony rozmową z Wernyhorą, w najważniejszym momencie, gdy trzeba stanąć do broni, zasypia, a chrapnąwszy zapomina o bożym świecie. Nie inaczej jest z innymi mieszkańcami. Czepiec topi swoją myśl i rozum w wódce, a energię wyzwala w trzaskaniu podkówkami o podłogę, tudzież po gębie, w zawadiackich gonitwach weselników. A poeci? Dziennikarz? Inteligencja? Ci się mądrzą, dużo wiedzą, nie mniej gadają, potrafią kpić, ale na tym koniec. Wszystko razem rozszalałe i rozbuchane w niby śnie, niby marze, niby zaczadziałym pląsie, czeka na pierwsze pianie koguta i sygnał wydobyty ze złotego rogu. Ów przysłowiowy złoty róg zamyka jednak tragiczność poczynań i niezdolność do czynu. Konkluzja po zgubie brzmi: "Miałeś chamie złoty róg, został ci się jeno sznur". Orkiestra ucichła, wzburzona krew opada, podniecająca dyskusje przechodzą w mamrot. Pozostaje na scenie dramatyczny Jasiek, który nieszczęśnie róg zgubił. Teraz miota się. Ale ta energia, gniew i gromy przydałyby się w zupełnie innej chwili. Minęła.

"Wesele" Hanuszkiewicza - nie wdając się w dyskurs o detalach - jest spektaklem, który mówi wiele o nas samych. Także dzisiaj nie jest ta sztuka nieruchomym, martwym słowem. Czas teraźniejszy zweryfikował, rzecz jasna, wiele, nie mógł jednak zabrać nic z wartości arcydzieła.

Mówi się nieraz, ze arcydzieło sprawdza czas; w przypadku Wyspiańskiego czas, a potem talent Hanuszkiewicza sprawdza je w sposób jednomyślny. Potężny ładunek idei, jaki pozostawił nam poeta, dalej żyje. Interpretacyjne wynalazki Hanuszkiewicza napełniają i poszerzają ten niepowtarzalny utwór. "Wesele" w interpretacji Hanuszkiewicza jest na szczęście (przyznam się tu, że i mnie "Balladyna" szokowała, a miejscami nawet oburzała) pokazana w formie klasycznej, lecz nie skostniałej. Nie zaszkodziło to sztuce. "Wesele" w Teatrze Narodowym jest i pozostanie na długo wydarzeniem nie tylko na miarę stolicy.

3.

Teatr Narodowy, to ten sam budynek co Teatr Wielki, ale zamknięty w jego prawym skrzydle. Gdy patrzycie nań od strony pomnika Nike, wejście do Teatru Narodowego poprzedza pomnik twórcy polskiego teatru - Bogusławskiego, stojący tuż przed drzwiami nieomal.

Ta scena rok temu obchodziła 50-lecie istnienia, 8 października 1924 roku - jak głosi akt inauguracyjny - w obecności Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Stanisława Wojciechowskiego, otwarto Teatr Narodowy odbudowany staraniem Miasta Stołecznego Warszawy za prezydentury Władysława Jabłońskiego i przewodnictwa w Radzie Miejskiej Ignacego Balińskiego".

Jubilat nie jest jednak staruszkiem. Nieustanny niepokój twórczy wielu znakomitych dyrektorów, reżyserów, aktorów, tworzyło teatr żywy. Dzisiejszy kształt wielu spektakli, gra, inscenizacja zmusza do dyskusji, ale jednocześnie pomnaża wartości duchowe, działa na wyobraźnię, wzrusza inaczej niż lat temu, powiedzmy, czterdzieści.

W dzisiejszym Teatrze Narodowym ogromadziło się znakomite grono aktorów. Najstarszy i zawsze niepowtarzalny, Kazimierz Opaliński, młodszy, Kazimierz Wichniarz, jeszcze młodsi: Adam Hanuszkiewicz, Tadeusz Łomnicki, Tadeusz Janczar, Andrzej Łapicki (w "Weselu" akurat rola Pana Młodego jakoś mu nie wyszła), wreszcie z najmłodszych warci są wymienienia: Bożena Dykiel (jeszcze raz podkreślam jej polską urodę, w której natura okazała się hojna i dzięki jej za to)" Krzysztof Kolberger, Daniel Olbrychski.

Ta scena się liczy - i nawet nie - jak to ktoś nazwał, z powodu kontrowersyjności Hanuszkiewicza. Wydaje się, że przede wszystkim za ambitność całego kolektywu i jakiś magnetyzm, który potrafi przekazać przychodzącym tam widzom.

Jeśli zawędruje do Teatru Narodowego także ktoś z Polski, z terenu, mam nadzieję, że potwierdzi takie właśnie wrażenia ze spotkania z Melpomeną.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego