powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Co się stało z moim głosem?

- Ja wierzę w medycynę i w lekarzy! I w to, że podstawowym zadaniem i celem lekarza jest ratować życie pacjenta. Tylko co pacjentowi akurat wykonującemu zawód aktora, z krtanią nieczynną, z tego życia zostało? - Andrzej Grąziewicz opowiada historię nieudanego zabiegu medycznego. Aktor postuluje utworzenie związkowego pakietu ubezpieczeń aktorskich.

Andrzeja Grąziewicza trudno przeoczyć. Szczególnie, gdy bywa się w Klubie SPATiF (obecnie "U Aktorów") w Alejach Ujazdowskich, ale nie tylko. Dawny "Ściek" u filmowców na Trębackiej, dawna "Kameralna" i dawny "Klub Dziennikarzy" na Foksal, dzisiejszy "Tygmont" na Mazowieckiej, "Wenecja" na Marszałkowskiej. Nie ma chyba w Warszawie klubu, baru, restauracji, knajpy, w której "Grązia" by nie można było spotkać.

Aktor może nie z "pierwszej dziesiątki", ale zdecydowanie rozpoznawalny. Zagrał w stu prawie filmach, w wielu produkcjach telewizyjnych, grał w trzech warszawskich Teatrach (Polskim, Powszechnym i w Syrenie), a przed powrotem do rodzinnej Warszawy w "Teatrze Wybrzeże", w Teatrze Śląskim im Wyspiańskiego i w Teatrze Dramatycznym im. Węgierki w Białymstoku. Występował w kabarecie "Pod Egidą", założył "Kabaret Literacki" na Wilczej (w dawnej kawiarni "Pod Kandelabrami"), offowy i bez stałej siedziby teatr faktu "Argument", grywał w "Adekwatnym", występował w kilku monodramach, z którymi całą objeździł Polskę i, jak twierdzi, nie było miasteczka, w którym funkcjonował jakiś Dom Kultury z byle scenką, którego by nie znał!

Kontrowersyjny już na studiach (dwukrotnie zawieszony w prawach studenta w PWSTiF w Łodzi), relegowany dyscyplinarnie z jednego z teatrów. Trochę łobuzowaty i zdecydowany zwolennik alkoholu. Osobnik "wielożenny", co (sic!) fascynowało kobiety, bajerował ciepłym barytonem, ba, świetnie śpiewał! Postać barwna, choć nieprzewidywalna!

Na początku lat dziewięćdziesiątych, z sobie tylko wiadomych powodów, "obraził się" na teatr i założył Agencję Aktorską "GrAn', której szefował przez dwanaście lat. Zresztą "od zawsze" stwarzał wrażenie, że aktorstwo nie do końca jest jego życiową pasją, co było bardziej "pozą" niż prawdą. Złośliwiec, choć umie żartować z siebie samego. Zgrywa cynika, a pisze wiersze. Elegancki, wysportowany, nie wygląda na swoje lata. Trudno jest się domyślić, że Grązio, przeszedł ciężki zawał, a od dziesięciu lat żyje dzięki wszytemu rozrusznikowi serca. Ostatnio przeszedł dwie operacie udrażniania tętnic szyjnych. I tu się "porobiło"!

Irina Stokowska: Może jeszcze coś ciekawego dodać? Proszę opowiadać, Panie Andrzeju!

Andrzej Grąziewicz: Starczy. Reszta, to ani nie ma się czym chwalić, ani z czego być specjalnie dumnym. Trochę zostawię Pani jako materiał do rubryki "Pożegnania". I proponuję by dać sobie spokój z tym "pan" - "pani". To tylko wydłuża rozmowę, której nie ma, a trochę ciężko mi mówić.

Proszę powiedzieć, jak Pan To jak się zwracać? "Grązio"?...

- Mam przydługie i chyba trochę trudne nazwisko. Ciągle przekręcane. "Grązio" rezerwuję wyłącznie dla przyjaciół. Czasami wnerwia mnie, jak ktoś, kto mnie zna od "teraz", próbuje tak do mnie się zwracać. No, nie bierz tego do siebie. Masz na imię?... No, dobrze! Może być bez imienia. Po prostu mówimy sobie na "ty". Mnie do tego upoważnia wiek.

Dobrze! Twoja wola, mistrzu!

- Hej, hej! Nie wrabiaj mnie tu w żaden jubileusz!

Jak to? Przecież w tym roku minęło 45 lat pracy na scenie

- A znasz taki dowcip? Piłat pyta Chrystusa: - "Ile masz lat?" - "33" - "I starczy!". Mnie już ZASP dołożył wysyłając życzenia z okazji ukończenia 75-ciu lat! O pięć lat za wcześnie.

To masz szansę przeżycia następnych pięć! Inaczej życzenia nieważne!

- Racja! Tylko gdzie są na to gwarancje? Et, wracajmy lepiej do przedmiotu tej niby rozmowy.

O'K! Co się stało z twoim głosem?

- Podczas operacji uszkodzili mi krtań. W marcu 2009 zrobiłem USG tętnic szyjnych, bo miałem zawroty głowy. Okazało się, że mam niezłą miażdżycę. W Przychodni Przyszpitalnej w Centralnym Szpitalu Klinicznym WUM na Banacha zakwalifikowano mnie do operacji

WUM to skrót od Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

- Tak. Renomowana Klinika. Tyle, że dostać się niełatwo. Czekałem w kolejce prawie trzy miesiące. Docent mnie zakwalifikował, ale Profesor miał zwyczaj osobiście wyznaczać terminy. Zadzwoniłem do samego Profesora Nie będę używać nazwisk, dobrze?

Zgoda. Ja przecież i tak je znam. I co dalej?

- I chyba nie lubili się z Docentem, bo powiedział: "jak panu dr X obiecał, to niech pana X przyjmuje!". Kolejną rozmowę z Sekretariatem Kliniki Chirurgii Naczyniowej prowadziłem tak, by można było domniemywać, że jestem lekarzem.

Spryciarz z ciebie! Pomogło?

- Za tydzień sam Profesor wezwał mnie na zabieg! Niestety sprawa się wydała, bo jedna salowa mnie rozpoznała.

Może w teatrze cię widziała?

Nie. W reklamie.

Dobrze, że cię Profesor nie wyrzucił!

- Zachwycony nie był. 1 czerwca 2009 miałem operację lewej tętnicy. Udała się, choć znieczulała mnie stażystka, bo to jest Klinika Uniwersytecka, a gdzieś, kogoś, czegoś, trzeba nauczyć, nie? No i wkłuwała mi się "mało trafnie". Wiesz, taka operacja jest z miejscowym znieczuleniem, pacjent jest cały czas przytomny, musi w trakcie zabiegu ściskać w ręku gumowego misia, czy inną kaczuszkę, liczyć do stu w obie stronyProfesor zszył mnie swoją ulubioną metodą: "jedna nitka - jeden ścieg". Przy wyjmowaniu szwów to utrudnienie, ale szrama potem gładsza. Był dość zadowolony, ale ja trochę mniej, bo na Sali Pooperacyjnej lekarka dyżurna stwierdziła, że mam porażony nerw twarzowy! Nawet sprowadziła grupę studentów, żeby zobaczyli jak takie porażenie wygląda! Ja sam bym na to nie wpadł. Bez lustra?

A co na to Profesor?

- Nic. Mruknął: "minie"! Na mnie się zawsze szybko goiło. Po trzech dniach byłem w domu. Po trzech następnych wpadłem na zdjęcie szwów. Prawą tętnicę chcieli mi operować za dwa tygodnie.

To porażenie faktycznie samo minęło?

- Jakie samo? Pani neurolog z przychodni na Nowowiejskiej przypisała mi zastrzyki. Usta miałem wykrzywione, mówić wyraźnie nie mogłem, gwizdać nie mogłem, na castingi chodzić nie mogłem, zarabiać nie było jak

Zaraz, to na Banacha nie mogli od razu jakoś ci pomóc?

- W czym? W Karcie Informacyjnej wypisowej było czarno na białym odnotowane: "bez urazów neurologicznych"! Profesor najwidoczniej uznał to za mało ważny drobiazg! Pacjent żyje! O co chodzi?... Sam to wyćwiczyłem.

Bez żadnej fachowej pomocy, rehabilitacji?

- Wiesz, na studiach mieliśmy zajęcia z dykcji i "ćwiczenia organów mowy". Cmokanie i ta cała reszta Zajęło mi to ze dwa miesiące, ale wyćwiczyłem. Trochę szkoda!

Żartujesz chyba?

- Nie! Po operacji wpadłem do "spatifu" i zameldowałem publicznie, że teraz mam prawo pić na "krzywego ryja"! Jak wyćwiczyłem, to przestali stawiać!

Ale śmieszne! Za dwa tygodnie miałeś kolejną operację?

- Nie tak szybko! W międzyczasie odezwało się moje zdezelowane serce. Zbuntowało się też ciśnienie, które od zawsze miałem niskie, a tu nagle skoczyło do 170-ciu! Kłopot! Dwa razy pogotowie wiozło mnie na ostry dyżur na Banacha! Powiadomiłem o kłopotach Profesora i zadecydował, że odkłada termin drugiej operacji do czasu potwierdzenia przez kardiologów, że "nie ma przeciwwskazań do dokonania zabiegu". Biorąc pod uwagę kolejki na Banacha do specjalistycznych badań, sprawa się znacznie przeciągała. Miałem tomografię serca, badania izotopowe i wreszcie przykry zabieg inwazyjny - koronarografię. Zrobiłem też kolejne, nowe USG i okazało się, że zwężenie prawej tętnicy było jakby ciut mniejsze. Może po przetkaniu tej lewej? A tu wszystko się waliło! I mój planowany wyjazd do córki do Stanów i możliwość jakiegoś wreszcie zarobku!

To pech!

- Pech to dopiero miał się zacząć! Powinienem już wtedy zwiewać z Banacha, ale wiesz jak to jest - do głowy mi nie przyszło, że może mnie spotkać coś jeszcze gorszego! 17 listopada 2009 wyszedłem z Kardiologii Inwazyjnej po koronarografii, ale i bez przeciwwskazań co do wykonania zabiegu, a 26-go listopada już leżałem w Klinice Chirurgii Naczyniowej. Operacja udrażniania prawej tętnicy szyjnej odbyła się 30.Muszę odpocząć. Masz może papierosa?... Wiesz, to boli jak ostra angina, albo zapalenie gardła. Jak długo mówię.

Może dokończymy jutro?

- Nie. Do tej rozmowy może nie dojść tylko dzisiaj! Krtań się nie domyka i mam kłopoty z oddechem. Połykać też muszę bardzo ostrożnie, bo mogę się zadławić jak coś wpadnie do tchawicy.

Przecież to jest zagrożenie życia!

- Jest. I co na to poradzę? Po prostu muszę uważać, i tyle! Dobra, wracamy do tematu!

Zaraz, o czym to mówiłem?...

Że 30-go listopada Przed operacją zrobili ci badania i ...

- Dobrze, że o tym wspomniałaś! To mnie zdziwiło, ale nie robiono mi na Banacha USG tętnic ani przed pierwszą, ani przed drugą operacją. Za każdym razem polegano na przyniesionym przeze mnie USG robionym w ogólnodostępnej przychodni na Nowowiejskiej.

A jeśli były przekłamane, albo mało dokładne? Przecież na Banacha mają sprzęt lepszy, nowocześniejszy? Nie wspominając o fachowcach.

- No, właśnie! Ale to nie do mnie pytanie!

Dziwne jakoś

- Dziwne. Wiesz, nie mogę wszystkiego mówić teraz, bo lekarze z Banacha też to przeczytają. A w ogóle ta druga operacja przebieg miała, powiedziałbym: "niecierpliwy".

Z pisma Dyrektora do spraw medycznych CSK WUM na Banacha wynika, że byłeś poinformowany o wszelkich ewentualnych zagrożeniach i powikłaniach. Czy o urazie krtani też?

- Żartujesz? Nikt o tym ze mną nie rozmawiał! O sercu, to tak! Takiego zagrożenia byłem świadomy. Po fakcie, zwróciłem się i do szpitalnego Rzecznika Praw Pacjenta i do Dyrektora do spraw medycznych. Otrzymałem w odpowiedzi to pismo, które cytowałaś. Zapewniam cię, że gdybym przeczuwał, że spotka mnie to, co mnie spotkało, na operację prawej tętnicy nigdy bym się nie zgodził! Czytałaś opinię Konsultanta Wojewódzkiego do spraw foniatrii?

Czytałam. Może to racja, że dzisiaj wolisz nie mówić o szczegółach. A masz uwagi na temat twoich relacji z lekarzami na Banacha, z Profesorem?

- Przecież to też można wyczytać w dyrekcyjnym piśmie! Na skutek "chrypki" odbyły się konsultacje laryngologiczno-foniatryczne. "Chrypkę" zdiagnozowano w "rozpoznaniu", dość mętnie i przed akapitem: "zastosowane leczenie". Profesor też sugerował, że: "z chrypką to pan już na Oddział przyszedł". Po operacji znowu nie stwierdzono ubytków neurologicznych!

Decydowałbyś się na życie w zagrożeniu wylewem, paraliżem nawet?!

- No, tak to nie myślałem. Wszelkie ostrzeżenia o możliwych komplikacjach rozumiałem jako lekarską asekurację. Te, wymagane wręcz, gwarancje od kardiologa

Czyli nie było mowy o zagrożeniu urazem krtani. Miałeś jeszcze uraz nerwu języka?

- Uciekał mi język w prawą stronę, w ogóle go nie czułem. Drętwota szyi, szczęki, ust, języka właśnie, podniebienia, długo nie ustępowała, a całkowicie to do dziś nie ustąpiła. Omal sobie języka nie przegryzłem.

I co na to lekarze?

- Nic. Sam znowu wyćwiczyłem. Na studiach mieliśmy zajęcia z dykcji i "ćwiczenia organów mowy"

Oszczędź mi szczegółów!

- Twoja strata! Pewno język był takim "drobiazgiem" jak poprzednio nerw twarzy. Okazuje się, że na Chirurgii Naczyniowej i krtań potraktowano jak "Pikusia"!

Jednak przed bardzo prawdopodobnym udarem mózgu cię uchroniono!

- Ja wierzę w medycynę i w lekarzy! I w to, że podstawowym zadaniem i celem lekarza jest ratować życie pacjenta. Tylko co pacjentowi akurat wykonującemu zawód aktora, z krtanią nieczynną, z tego życia zostało? Z wylewem się nie liczyłem. Ze śmiercią tak. Ale to koniec! Na okaleczenie nie byłem przygotowany. Nie wiem, czy chirurg wolałby mieć obcięte palce, byle tylko pożyć? Chętnie odstąpię moje, gwarantowane przez ZASP "lewe" pięć lat! I wcale nie jestem przekonany, że to tak właśnie musiało się skończyć.

Zamierzasz wystąpić na drogę sądową?

- Tak. Często myślę, że powinienem był się ubezpieczyć. Na milion, albo więcej! No, i wpierw musiałbym sam przewidzieć rozwój wypadków, bo lekarze mi nie podpowiadali. Tylko co z nadziejami na zagranie "Króla Lira"? Ida Kamińska dostała Oskara (może nominację - nie pamiętam) mając chyba 70 lat! Z jakimś solidnym ubezpieczeniem, jeżeli takie jest gdzieś dostępne w rozsądnej cenie, o jeden problem miałbym mniej.

A, to teraz rozumiem skąd twój pomysł na aktorskie ubezpieczenia od "utraty zdolności wykonywania zawodu"!

- Właśnie! Mam nadzieję, że Zarząd ZASP-u popatrzy na to z uwagą i projekt utworzenia "związkowego pakietu ubezpieczeń aktorskich" doczeka się kiedyś realizacji. To, co mnie spotkało, może spotkać każdego z nas i to niekoniecznie w sytuacji zagrożenia aż wylewem.