Moi bohaterowie dojrzewają ze mną

- Podjąłem próbę sterowania własnym życiem zawodowym. Zrozumiałem, że jeszcze jedna komedia, zwykle podobna do poprzedniej, jeszcze jeden kabaret i zadomowię się w szufladzie - MACIEJ STUHR o swoich rolach filmowych i teatralnych.

«Henryka wach-Malicka: Przed panem premiera spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego. Dobry moment, by zapytać o role teatralne i filmowe. One różnią się diametralnie. W filmie gra pan zwykle zadziornych, młodych ludzi. Na scenie - mężczyzn mrocznych i zakompleksionych. Jak Joe w Aniołach w Ameryce czy Raskolnikow w Zbrodni i karze. To świadomy wybór, tak po połowie?

Maciej Stuhr: Od jakiegoś czasu podział, na: tu śmiesznie-tam poważnie, jest już chyba nieaktualny. W każdym razie uważam przy kolejnych ofertach. Aktorstwo to moja praca, mógłbym więc powiedzieć: skoro tak mnie obsadzają, to tak będę grał. Szybko podjąłem jednak próbę sterowania własnym życiem zawodowym. Zrozumiałem, że jeszcze jedna komedia, zwykle podobna do poprzedniej, jeszcze jeden kabaret i zadomowię się w szufladzie.

Przełomem była rola Hipolita w Przedwiośniu?

- Nie, to jeszcze postać z pogranicza. Przełomem było zagranie Piotra u Małgosi Szumowskiej, w 33 scenach z życia. A już na pewno rola Łazowskiego w Mistyfikacji Jacka Koprowicza. Nigdy przedtem nie miałem okazji tak wykorzystać warsztat, poszukać środków, których rzadko się w filmie używa. To był ten film, który wyzwolił we mnie najwięcej dodatkowej energii. Szkoda, że zszedł z ekranu.

Głównym bohaterem Mistyfikacji jest Witkacy. Lubi pan jego utwory?

Literacko bliżej mi do Gombrowicza, Witkacego cenię natomiast jako plastyka. Jego obrazy są niesamowite.

I łatwe do podrobienia. Podobno to najczęściej fałszowany polski malarz.

- Do filmu potrzebowaliśmy kilku nieistniejących obrazów mistrza. Studenci ASP dali radę... Płótna wyszły, jak spod ręki samego Witkacego.

Na premierę ekranową czekają Śluby panieńskie, według Aleksandra Fredry. Podobno to nie będzie grzeczna adaptacja?

- Bo Filip Bajon nie jest grzecznym reżyserem. Ma w sobie duszę przekornego dziecka. Rewolucji jednak nie będzie; no, może tylko akcenty poprzesuwane. I miejsca akcji - Bajon powyciągał bohaterów z fredrowskich saloników w plener. Mam nadzieję, że to będzie fajna szansa na powrót współczesnego widza do klasyki.

Wkrótce zobaczymy pana w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu, w spektaklu Boska! Teatru Polonia. Gra pan akompaniatora Florens Jenkins, uchodzącej za najgorszą śpiewaczkę świata. Lubi ją pan?

- Prywatnie tak. Ale sztuka zbudowana jest tak, że publiczność patrzy na Florens oczyma mojego bohatera. A on najpierw jest lekko ogłupiały, potem bawi się do łez, a w końcu ulega wzruszeniu, widząc, że Florens jest szczerym i życzliwym człowiekiem. Robię wszystko, żeby publiczność właśnie w takiej kolejności dochodziła do sympatii dla Florens.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego