Gdy Węgrzyn był w dobrym humorze, pokazywał mi następującą pantomimę: na Dynasy wjeżdża kolarz, zauważa na trybunach swoją dziewczynę, macha do niej - ta chwila dekoncentracji wystarcza, aby od bandy wyprzedził go konkurent Przedwczesny triumf, zagrożenie zwycięstwa, wreszcie klęska były odegrane z precyzją "Króla Edypa". Wspaniały spektakl dla mnie jednego - wspomina Andrzej Łapicki w Rzeczpospolitej.
Z zakrętu Dobrej wpadały pierwsze rowery wyścigu Berlin - Warszawa. Cóż za radość - prowadził Kiełbasa. Kładli się w zakręt, przyspieszając przed bliskim już finiszem na Dynasach. Widok z balkonu miałem przedni. Na pierwszym planie wielkie kwitnące grusze, dalej czerwony budynek z żeliwnym napisem cyrylicą "BANIA" - to jeszcze carska łaźnia. Wyżej wprzesmyku domów widać było Wisłę, parostatki pływające na Bielany, galary z jabłkami i barki pełne piasku jak u Gierymskiego. Dynasy to słynny tor kolarski. Józef Węgrzyn, z którym miałem zaszczyt dzielić garderobę, miał niepospolite zdolności mimiczne. Wbrew pozorom te dwa fakty się łączą. Gdy Węgrzyn był w dobrym humorze, pokazywał mi następującą pantomimę: na Dynasy wjeżdża kolarz, zauważa na trybunach swoją dziewczynę, macha do niej - ta chwila dekoncentracji wystarcza, aby od bandy wyprzedził go konkurent. Przedwczesny triumf, zagrożenie zwycięstwa, wreszcie klęska były odegra