«Przeszedłem bramkę na lotnisku Okęcie, aby polecieć do Mediolanu z grupą polskich melomanów, których agencja Grand Tour zaprosiła na 88. festiwal w Arena di Verona. W tym roku cały repertuar został poświęcony twórczości Franca Zeffirellego. W jego reżyserii i scenografii zaplanowano Turandot, Aide, Madama Butterfly, Carmen, i Trubadura. Przed odlotem wstąpiłem do lotniskowej księgarni i co widzę? "Zbyt dumna, zbyt krucha - Powieść o Marii Callas". Na tę właśnie podróż lektura wprost wyśmienita. Napisał ją Alfonso Signorini, włoski dziennikarz i wybitny znawca opery. Już w samolocie zacząłem mieć co do tego pewne wątpliwości. Mimo dobrego tłumaczenia Anny Osmólskiej-Mętrak i konsultacji muzykologicznej Mariusza Gradowskiego, córka Toscaniniego, Wally, została przedstawiona jako mężczyzna, a rzymski prokonsul Polione z Normy uparcie nazywany jest Polio. Szereg detali biograficznych to zwykła niedokładność lub nietrzymająca się faktów licentia poetica: rozmowy z młodszym bratem Wasilim, zmarłym w dzieciństwie jeszcze przed urodzeniem się Marii, domniemane uczucie do szantażysty Bogarozziego czy pominięcie Rycerskości wieśniaczej, Nizin, Siostry Angeliki i Protomastoras w repertuarze debiutantki z okresu greckiego. To Pomari, a nie Zenatello poznał Meneghiniego z Marią. Było to w restauracji Pedavone przy piazza Bra. Tam właśnie jedliśmy lunch następnego dnia po przybyciu do Werony.
Przyszła diwa operowa wszech czasów urodziła się w greckiej rodzinie Kalgeropulo. Jej matka Ewangelia w książce Signoriniego - nie wiedzieć czemu - nosi imię Litsa, a wszyscy nazywają się Callas, mimo że kilkunastu poważnych biografów tłumaczy długo trwający proces przekształcania się trudnego nazwiska Kalgeropulo na Callos, a z czasem Callas. Powszechna wiedza o jej życiu i karierze opiera się na pracach takich autorów jak: Jellinek, Galatopoulos, Ardoin, Mancini, Lorcey, Remy, Goise, Dufre-sne, Verge, Linakis, Stassinopoulos, oraz kontrowersyjnych, a nawet oburzających wspomnieniach Giovanniego Battisty Meneghiniego pt. "Maria Callas - mia moglie".
Po raz pierwszy przeczytałem o rzekomym dziecku Onasisa, które urodziła martwe w roku 1960. Z takim bagażem wielu niezupełnie wiarygodnych informacji wysiadłem z samolotu w Mediolanie, gdzie Callas przez 10 sezonów była królową La Scali. Po dwóch godzinach stanąłem w Weronie - mieście Romea, Julii i właśnie Marii, z jej debiutem w Giocondzie (1947), Turandot (1948), Traviacie (1952), Aidzie i Trubadurze (1953) oraz Mefistofelesie (1954). Mieszkała wtedy z Tittą w uroczym kurorcie Sirmione, rodowej siedzibie Meneghinich na półwyspie otoczonym jeziorem Garda.
Nazajutrz po obejrzeniu fascynującej inscenizacji Turandot Franca Zeffirellego, który jedyny raz - jako że już niemłody i słaby - pojawił się osobiście właśnie tego wieczoru na swym festiwalu, pojechaliśmy do Sirmione. Najpierw pod niegdysiejszy dom państwa Meneghinich (notabene wystawiony na sprzedaż), potem przez cały dzień chłonąc urodę i niezwykłość tego miejsca. W drodze powrotnej do Warszawy wczytałem się raz jeszcze w tekst Signoriniego, reklamowany jako "pierwsza powieść o burzliwym życiu Artystki, napisana na podstawie jej fascynującej korespondencji". Co to za korespondencja - zastanawiam się ciągle - ujawniona dopiero po 30 latach od jej śmierci?
Mimo oburzającej insynuacji na ostatniej stronie okładki, że "skończyła życie jako osamotniona paranoiczka" (za którą wydawnictwo Świat Książki powinno się wstydzić), w końcu jednak uległem urokowi tej opowieści. Balansuje ona na granicy prawdy, ale została stworzona z dużym talentem i poczuciem przynależności do swoistej sekty Marii Callas. Nikt jej nie organizował ani za jej życia, ani po śmierci. W sercach tysięcy ludzi ona po prostu trwa i to jest największe zwycięstwo Marii Callas zza grobu.»