Nie było widowiska na miarę 30. rocznicy wydarzeń sierpniowych, nie było koncertu z prawdziwego zdarzenia, nie było wykonawcy o wolnościowych praktykach (może tylko inklinacjach), nie było utworu, który porwałby publiczność. Rozmyto i "rozbłocono" ten Sierpień w sposób karygodny. Co zobaczymy w przyszłym roku? Pokaz mody i wiejskie wesele? - o spektaklu "Solidarność". Twój anioł Wolność ma na imię" pisze Katarzyna Wysocka w Gazecie Świętojańskiej.
Widowisko Roberta Willsona to kolejny argument na to, że polska kultura daje się okresowo wykorzystać w sposób urągający okolicznościom lub/i pozwala sobie na brak profesjonalizmu przy podejmowaniu kluczowych decyzji. To, co zobaczyliśmy w Gdańsku, było wielką, sceniczną pomyłką. Dawka politycznej, kolektywnej powagi wespół z klezmerską muzyką, historią niemieckiej agresji na Rosję, nagraniami wideo, długimi odczytami w języku angielskim (bez tłumaczenia), pojedynczymi występami zaproszonych artystów, w tym jednej, prawie oderwanej od realności za sprawą ponadczasowych używek oraz mono-, duorecytacje. Kompletną porażką i bezprecedensową żenadą były przemowy trojga "inostrańców" stale zamieszkujących w Polsce, ale zaproszonych, by przekazać przesłanie o wolności. Sudańczyk, Kubańczyk i Tybetanka mówili raz lepiej, raz gorzej, ale bez przekonania o swej rocznicowej i wolnościowej misji. Przykro to stwierdzić, ale wyglądali niczym marionetk